cz.2 - Sny, koszmary, problemy
- Słyszę cię Rosjo! - kroki.
- Przede mną się nie ukryjesz!! - kłus.- Jestem coraz bliżej!!! - galop.
- Sam doskonale wiesz, że to nieuchronne... - głuchy szept.
Biegnący dotąd zamarzniętym na kość korytarzem Iwan odwrócił się. Za nim szedł olbrzymi wilkowaty stwór mający dwa cienkie, ostre, czarne rogi oraz obdarty ze skóry i mięśni pysk.
- Zaraz cię złapię - mruknęła zmora omiatając otoczenie swoimi płonącymi duszącym błękitem oczami.
Braginski schował się za jedną z nielicznych kolumn, kiedy znów dobiegł go ten okropny przeszywający uszy głos.
- Niebawem znów będziesz mój.
Rosja zamknął oczy i zaczął się modlić tak jak mateczka uczyła, po staro cerkiewnosłowiańsku.
- Och, przestań się już chować... ta zabawa zaczyna mnie nudzić, po prostu tu choć jak grzeczny sowiecki żandarmek - syczała, powoli zbliżając się do jego kryjówki - Pora aby powróciła czerwień na twoją flagę. No choć nie wstydź się - zaczęła mruczeć i powoli przyjmować głos Słowiańszczyzny - Iwanku, Wania no chodź, chodź do mamy.
Mimo iż całe ciało chciało iść na spotkanie z matką to jednak dzięki tytanicznemu wysiłkowi woli zdołał się opanować i tylko głębiej wcisnąć między zimny róg lodowej sali a kamienny filar. Bestia czując iż to nie zadziała spróbowała innej taktyki.
- Iwanie Federacjo Rosyjska Braginski - teraz mówiła głosem Stalina, którego Rosja szczerze się obawiał - masz tu do mnie natychmiast podejść, albo resztę krajów nam podległych czekają bolesne represje - istota doskonale wiedziała iż chłopak będzie próbował go powstrzymać. Nie przewidziała jednak iż sny podobnie jak koszmary są bardzo łatwe do przerwania, więc kiedy fioletowooki wychylił się ze swej kryjówki i już mogła go dorwać, nagle kamienna sala zaczęła znikać wraz z drącym się na cały regulator:
- CZARNE OCZY, TWOJE CZARNE OCZY!!!
Chłopak uniósł powieki i zobaczył balującego ze szczotką Feliksa.
- Co do? - przetarł oczy - Польша, zgaś ten jazgot!!!
- Dobra, dobra, nie musisz się tak wściekać - mruknął polak wyłączając komórkę.
- Która jest?
- Bura na końcu siwa, punkt siódma.
- To mogłeś nastawić zegarek na... - wspomnienie okropnych, ziejących nienawistnym błękitem oczu - z resztą nie ważne - ukradkiem starł kilka kropelek potu z czoła.
Polska miał jednak dobry wzrok i zapytał:
- Koszmar?
- Oj да... - sapnął z wysiłkiem rusek.
- Co ci się śniło?
- Hе ważne, ty tego nie zrozumiesz.
- Jak mi nie opowiesz, to nie zrozumiem. Proooszę - Feliks był w cholerę ciekawy co takiego mogło się śnić przerażającemu Rosji że prawie miał mokro w gaciach.
- Widziałem ją.
- Kogo?
- Demona wojny.
- Ty też? - zielonooki nagle spoważniał.
- Dа. Przybrała postać wilka...
- Niech no zgadnę z obdartym pyskiem... - zamilkli na chwilę.
- I błękitnymi ślepiami - powiedzieli nieomal że równocześnie.
Popatrzyli po sobie.
- Co, ciebie też nawiedza? - spytał Braginski.
- Tak, odkąd Litwa przestał się do mnie odzywać, przyłazi do mnie prawie co noc. Zawsze tak samo. Mogę uciekać dwoma ścieżkami. Jedna jest pokryta czerwonym śniegiem a druga błękitnym piaskiem. Nie wiem dlaczego ale zawsze wybieram śnieg. Podczas biegu zawsze wpadam na ciebie a kiedy się odwracasz widzę jej okropny pysk i wtedy się budzę.
- U mnie jest trochę inaczej. Idę w stronę drzwi prowadzących do swojego pokoju i nagle wszystko pokrywa lód a potem słyszę co zrobiłem i że niebawem znowu będę musiał to robić, że wróci komuna. Ona mnie goni, chce wcisnąć w Sowiecki mundur i przypiąć czerwoną gwiazdę. Ale ja tego nie chcę i uciekam. Zazwyczaj budzę się kiedy wtyka mi do ręki broń i każe strzelać w tył głowy.
- Od kiedy masz ten sen?
- Od... - Rosjanin na moment się zamyślił - chyba od katastrofy tupolewa w Smoleńsku.
- Nieźle.
Ową dziwną rozmowę nagle przerwał głośny wrzask trąbki, wydobywający się z komórki Iwana.
- Siódma piętnaście - oznajmił uroczyście - chyba warto się przebrać i powoli zbierać się na śniadanie.
Właściwie to tylko Braginski był w tym momencie w piżamie, bowiem Feliks zdążył się już wcześniej przebrać. Wania podszedł do szafy otworzył ją i oberwał stojącą na górze miską oraz leżącą wewnątrz niej suszarką.
- Польша, что to miało być!? - spytał wkurzony Ruski masując swoją biedną głowę.
- Eee...zamach stanu? - zaśmiał się blondas zaglądając głęboko w gorejące złością purpurowe tęczówki.
- Feliks jak to się tam znalazło?
- Po ludzku wyfrunęło.
- Miska to jeszcze rozumiem, że zrobiłeś sobie z niej fryzbi, ale suszarka!?
- Była na pokładzie.
Wsadzenie miski na głowę jest proste podobnie jak owinięcie sznurem od suszarki nadgarstków, ale aby zdjąć obydwie te rzeczy, trzeba być niezłym gimnastykiem. Polak niestety do nich nie należał, co dało Iwanowi sporo czasu na wybranie stroju, wejście do łazienki, przebranie się i powrót. Akurat w momencie wyswobodzenia się zuchwałego Łukasiewicza, który tylko czekał aby odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Co zrobił nasz polski geniusz? Rozciągnął przy drzwiach kabel i pozwolił aby grawitacja zrobiła swoje. Rosja nieźle gruchnął o ziemię. Miał dużo szczęścia nie wybijając sobie zębów o kant Feliksowego łóżka. To był gwóźdź do trumny. Iwan rzucił byle gdzie piżamę i spróbował złapać niesfornego współlokatora. Szło mu to jednak dosyć opornie. Polska w obawie przed konsekwencjami swoich czynów schował się na balkonie. Nie przewidział jednak iż Ruski zamknie za nim drzwi. Stał więc w dżinsach i krótkiej podkoszulce na dworze gdzie wywołany zmianą ciśnienia wiatr usiłował zerwać stary, zardzewiały, podziurawiony wieloma gradami dach. Czując narastające zimno blondyn zaczął walić w szybę mrucząc przy tym wiele niecenzuralnych słów, rzucanych pod adresem wschodniego krewniaka. Ten jednak ani myślał mu otwierać. Dopiero kiedy wpół do ósmej przyszli animatorzy i nakazali Braginskiemu otworzyć, Felek mógł wrócić. Jednak gdy tylko głowa pana K. zniknęła za drzwiami. Zziębnięty zielonooki zaczął od razu się awanturować.
- Rosja ty idioto, prawie zamarzłem na kość!!! ty jesteś jakiś P*********y!!!
Na co Iwan z zupełnym spokojem odpowiedział:
- A z powrotem chcesz?
Blondyn zamilkł jak zaklęty i tylko spojrzał na współlokatora pełnymi szczerej nienawiści zielonymi oczami.
- Nie - burknął wreszcie patrząc na zegarek - za pięć czterdzieści. Ty zamykasz - poinformował prześladowcę po czym wyszedł z pokoju.
Białowłosy westchnął głęboko i spojrzał na gnające po porannym niebie burzowe chmury.
- Może nie będzie tak źle... - sapnął składając piżamę i chowając ją pod poduszę.
Po raz ostatni popatrzył w stronę Felkowego łóżka po czym wyszedł. Zamknął drzwi i udał się do jadalni. Część krajów już siedziała i gadała inne z nudów chodziły w te i na zad po całym pomieszczeniu. Francja jak zwykle pokłócił się z Anglią a Romano z Antonim. Zdezorientowana Federacja Rosyjska rozejrzał się za swoim współlokatorem. Właściwie już mu wybaczył zniewagę jaką była miska i potykacz przy drzwiach od łazienki. W gruncie rzeczy zawsze chciał po ludzku z nim pogadać, ale po ostatnich zdarzeniach wątpił aby ich relacje miały się jakkolwiek poprawić. Zawstydzony swoimi myślami potrząsnął głową i wtedy go zobaczył. Blondyn siedział przy jednym z najdalszych stolików i gapił się w okno. Przypadkowo kilka słonecznych promieni padło na jego bladą cerę i odbiło się od szmaragdowych tęczówek wydobywając z nich przecudowny i tajemniczy blado seledynowy blask. Po chwili jednak słońce zgasło a do jego uszu dotarł nieprzyjemny, zbyt pewny siebie głos.
- Hello Iwan, a jak tam pierwsza nocka poza Kremlem?
Rosja zamrugał kilka razy i spojrzał na swojego byłego rywala.
- доброе утро Alfredzie. Całkiem miło, a tobie i Matthew'u jak się spało?
- A ujdzie, w końcu to tylko dzięki mnie Kanada odnalazł swoją piżamę... - zaczął swą bohaterską opowieść.
- Wybacz ale muszę już iść,- przerwał mu nagle i ruszył w kierunku najbliższego wolnego miejsca - zaraz zaczną wydawać posiłki - mruknął bardziej do siebie niż do Amerykanina.
Blondyn wzruszył ramionami po czym wypatrzywszy Arthura zaczął jemu uprzykrzać życie. Wolne miejsce jakie przypadkiem zajął białowłosy okazało się stać przy stole krajów niemieckojęzycznych czyli: Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Liechtensteinu oraz Belgii i prawdopodobnie Prus. Braginski nie wiedząc co ze sobą w tej sytuacji zrobić spróbował wstać, ale właśnie w tym momencie na nauczycielskim stole stanął Pan G. i zarządził rozpoczęcie śniadania. Przy okienkach kuchennych nagle zaroiło się od kelnerek. Zabierały one posiłki od kucharzy jakimi byli Gilbert i Govert a następnie zanosiły do stolików. Każdemu osobno. Na talerzach o średnicy mniej więcej trzydziestu centymetrów znajdowały się dwa wursty, jajko na twardo, musztarda, bułka, masło, pokrojony na plasterki ogórek, szynka oraz dwa pomidorki koktajlowe. Iwan popatrzył nieufnie na swój posiłek. Niby wszystko jadalne, ale tak naprawdę wolałby chyba robione przez Polskę za komuny naleśniki albo Litewską jajecznicę na kurkach, ewentualnie Estońskie tosty, a do tego wyśmienite Łotewskie espresso. Tak bardzo się rozmarzył że nawet nie zauważył kiedy na stół wjechały kubki z gorącym kakao.
- Iwan, esst du nicht? - spytał siedzący naprzeciwko niego Ludwik.
- что? A tak – fioletowooki ponownie popatrzył na posiłek a po chwili zaczął jeść.
Nie mając nic lepszego do roboty białowłosy zaczął obserwować panujące między niemieckim kuzynostwem stosunki. Wszechogarniająca uprzejmość, kultura, spokojne pozbawione jakiejkolwiek niewypowiedzianych gróźb rozmowy. Istna sielanka, której nigdy nie było mu dane skosztować za młodu. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi, z czego z jednej strony się cieszył a z drugiej... czół się jeszcze bardziej samotny niż na Syberii. Dosyć szybko skończył jeść, wypił zimne kakao i smętny poczłapał do swojego pokoju. Po drodze zajrzał na tablicę korkową wiszącą przy recepcji i sprawdził, o której zaczyna się zbiórka. Miał dokładnie bitą godzinę na to aby chociaż spróbować dogadać się z Polską. Ale czy to się uda? Zadał sobie nieme pytanie powoli wchodząc po schodach. Jakąś minutę później stanął przed drzwiami. Westchnął a następnie wkroczył do środka. Felek czytał swoją książkę wtranżalając na potęgę słone paluszki „Lajkonik”.
- Hm? - spytał na moment podnosząc wzrok na nieproszonego gościa – a to tylko ty - mruknął wracając do lektury.
- да, smakowało ci śniadanie?
- Było takie sobie. Holandia wybrał najtańszy możliwy rodzaj jajek, kiełbasy i w ogóle wszystkiego. O wiele bardziej wolałbym zwykłe staropolskie...
- Naleśniki? - przerwał mu nagle Rosjanin.
- Ta, a ty skąd wiedziałeś?
- Zgadywałem.
- Dobra nie ważne, w każdym bądź razie moje jajko było nie dogotowane i bla bla bla a tak w ogóle bla bla bla - podczas Feliksowego biadolenia Iwan na moment się wyłączył - a tak generalnie, to dlaczego pytasz? - niespodziewanie zapytał podejrzliwy polak.
-Tak z ciekawości, w końcu nie wiadomo, czy będziemy musieli zająć się obiadem, śniadaniem czy kolacją.
- W sumie to logiczne - RP. powrócił do lektury.
Osamotniony w swych rozważaniach Braginski spojrzał na zegarek. Za piętnaście dziewiąta. Do zbiórki pozostało jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Pomyślał odkładając urządzenie na szafkę nocną. Nie musiał się nawet zbytnio przebierać. Szaroniebieska podkoszulka, wygodne dżinsowe spodnie oraz zwykłe pół buty były w miarę dobrym wyborem ale nadal czegoś brakowało. No jasne! Pomyślał zaglądając do szafy. Cienka bawełniana bluza koloru spranego brązu. Założył ją i od razu poczuł się lepiej, ale tylko na moment. Bluza była przecież prezentem od Białorusi, a skoro tak to może nie warto ją zakładać. Chwilę bił się z myślami, ale w końcu uznał że nie ma nic lepszego. Wyszedł z pokoju i oparł się o ścianę. Nagle coś prawie na niego nie wpadło po czym uśmiechnąwszy się jak głupi do sera zaczęło przepraszać.
- Spokojnie Matthew nic się nie stało.
- Whot, do you see me?
- да, gdzie idziesz.
- Eee... zapomniałem ze stołówki zabrać swoją bluzę.
- Mogę ci pomóc?
Chłopak wygiął się w pałąk czując gnające po jego plecach ciarki, lecz mimo to przyjął ofertę giganta, bojąc się go urazić.
- Ok.
Zeszli do stołówki. Znalezienie bluzy nie było trudne. Leżała ona bowiem rozpięta na jednym z krzeseł niczym sztandar na ambasadzie. Rosja szybko ją zabrał i przyniósł, po czym pozwolił sobie popatrzeć jak blondyn ją zakłada.
- Thanks you – podziękował, a następnie szybkimi krokami skierował się ku wyjściu.
Iwan ponownie został sam. Westchnął, spojrzał na zegarek i powlókł się na miejsce zbiórki. Pani S. przybyła oczywiście punktualnie i od razu przeszedł do rzeczy.
- Czwórki i piątki Sumo, szóstki i dwójki koszykówka, a jedynki i trójki resuscytacja.
- A co z kajakami? - zapytał niewyraźnie ktoś z tłumu.
- No właśnie i rowery miały być! – podniósł się drugi głos.
- Chyba nie zapomniała pani o ukach! - zawołał Prusy.
- Nie ukach tylko łukach matołku – poprawiła go Węgry.
Teraz to już wszyscy zaczęli gadać, a zdezorientowana karlica gnając w tę i z powrotem próbowała ich po uciszać. Wtem, jakiś dziwny cień padł na zebrane na dziedzińcu personifikacje.
- Ciszaaa!!! - momentalnie wszyscy umilkli i wlepili oczy w stojącego za biedną animatorką, bruneta - co to jest cyrk, że wszyscy się drą! – grzmiał wściekły G.
Za jego plecami dało się słyszeć cichy chichot pozostałych animatorów czyli: Pani W. , Pana K. oraz małżeństwa T.
- Łuki, kajaki oraz rowery będą dopiero po obiedzie, a teraz drużyny do resuscytacji do pana i pani T, koszykówka pani S i pani W, sumo ja i pan K. Wszyscy wszystko widzą? No, to do roboty, nie mamy przecie, całego dnia!
Kraje rozeszły się do swoich instruktorów po czym razem z nimi poszli: jedni na boisko, inni na parking, a nasi bohaterowie do ośrodka. Małżeństwo T. było bardzo miłą i dobrze zgraną parą. On - miły i spokojny, lubiący się pośmiać szatyn o pięknych szmaragdowych oczach. Ona - ruda może ciut przy kości dziewczyna o ładnych stalowo szarych tęczówkach. Animatorzy zaprowadzili obydwie grupy do stołówki.
- Uwaga, z braku manekinów będziecie musieli ćwiczyć na sobie. A zaczniemy od pozycji bocznej bezpiecznej. Czy ktoś wie, czemu ma ona służyć? - spytał szatyn.
Cisza na sali.
- W takim razie tłumaczę. Ma ona służyć, aby osoba nieprzytomna, oddychająca nie zakrztusiła się własną śliną - Wyjaśniła krótko rudowłosa.
Narody niepewnie pokiwały głowami.
- No dobra dzieciaki, a teraz dobierzemy was w pary – szatański uśmiech pani T. nie wróżył nic dobrego.
Kilka minut później w półkolu ustawiło się pięć par, a mianowicie: Łotwa-Japonia, Finlandia-Francja, Liechtenstein-Prusy, Ameryka-Anglia oraz Polska z Rosją. Nie wiadomo wedle czego kierowali się animatorzy, ale tak czy inaczej Polska nie miał najmniejszego zamiaru być w parze z tym... z tym... aż zabrakło mu słów, aby wyrazić jego głębokie oburzenie. Podobnie do niego miał zresztą biedny Arthur, muszący użerać się teraz ze swoim byłym wychowankiem. Pozostałe pary jakoś szczególnie nie protestowały, notabene i tak niewiele by to dało, gdyż animatorzy w ich własnym mniemaniu są absolutnie nieomylni.
- W porządku dzieci, a teraz powtarzacie to co ja i pani T. ale najpierw ustalcie kto jest poszkodowanym.
Chwila szeptów, próśb i przekleństw.
Rosja legł na twardej ziemi lekko przymknął oczy i wsłuchał się w spokojny głos T.
- Połóżcie prawą rękę w pozycji „heja” – powiedział po czym zademonstrował na udającej nie przytomną ukochanej.
Ułożenie ciężkiej prawicy Rosji nie było trudne, szczególnie że Iwan nieco mu w tym pomógł. Przypadkowo połaskotany Ameryka wydał z siebie serię dziwnych dźwięków po czym uderzony w głowę przez starszego kolegę, umilkł.
- Doooobra? Teraz weźcie ich za lewą rękę, splećcie palce i połóżcie partnerowi pod głową.
Rosja poczuł przyjemny zapach winogronowego mydełka Polski.
- Tłit tłit tłit!!! - wydarł się żółciutki pisklaczek Prus, uciekając przed zgnieceniem przez nieświadomą jego obecności Liechtenstein.
– Co wy wyrabiacie!? - podniosła głowę instruktorka.
W ataku paniki Duma wleciał jej na twarz i zadekowawszy się we włosach oznajmił, iż stamtąd nie wyjdzie. Został jednak szybko usunięty przez właściciela i osadzony na jednym ze stołówkowych krzeseł.
- A więc kontynuując – podejrzliwie rozejrzał się po zebranych - podnieście lewą nogę partnera i pociągnijcie do siebie, a następnie połóżcie na podłodze.
Noga Braginskiego okazała się o wiele, wiele cięższa od ręki, ale i tak się udało.
- Doskonale, a teraz przejdźmy do resuscytacji - powiedziała pani T. podnosząc się na równe nogi - zamiana miejsc. Teraz ten co leżał resuscytacje, a stojący się kładzie.
Polska legł grzecznie na sosnowych deskach stołówki, skrzyżował dłonie na piersiach i spojrzał z niewysłowioną kpiną na swojego współlokatora.
- Wyśmienicie – klasnęła w dłonie T. - wymacajcie gdzie zaczyna się i kończy mostek, a następie połóżcie dłonie mniej więcej na środku. Splećcie w ten sposób – tutaj pokazała jak – a potem delikatnie uciśnijcie...
- Gdzie ty jej zaglądasz!? – wrzasnął Łotwa.
- Bo za Chiny nie umiem znaleźć środka mostka – odwarknął Prusy, nadal usiłując wymacać kość.
- O mondie, to nie tak się robi – wtrącił się nagle Francja – daj pokażę ci – delikatnie odepchnął Gilberta, po czym własnoręcznie pokazał na Bogu ducha winnej Liechtenstein, jak to się robi.
- Eghem... czy możemy kontynuować? - zapytała poirytowana animatorka.
- Tak, tak, przepraszamy.
- No to teraz około trzydziestu uciśnięć, a tak, była bym zapomniała za chwilę druga część, do której przydadzą wam się specjalne maski. Chyba, że wolicie bardziej rzeczywiste ćwiczenia – tu lekko się uśmiechnęła w kierunku swojego kochanka, który odwzajemnił to ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.
- двадцать девять, тридцать...
- Proszę oto maska – pani T. powoli przesuwała się w kierunku dwóch ostatnich par, czyli Ameryki z Anglią oraz Polski z Rosją. I kiedy już Alfred sięgał do pudełka, nagle okazało się iż masek zabrakło.
- Jak to, nie możliwe! - poderwał się na równe nogi Kirkland.
- Zwyczajnie wyszły, ale nie martwcie się, po zajęciach będziecie mieli pięć minut na porządną dezynfekcję ust – uspokajała ich stalowooka.
- Ale...ale...ale... - Polska padł na podłogę nieprzytomny. Znaczy przytomny, ale tak wściekły, że Braginski bał się go dalej resuscytować. Jego wzrok mówił dobitnie: wyobraź sobie najgorszą rzecz na świecie, po czym powiększ ją dwa razy i pomnóż przez sześć, tak się zdarzy jeżeli tkniesz mnie choćby małym palcem.
- Ten kto nie wykona polecenia będzie musiał umyć kibel przy recepcji – zagroził animator.
Nagle coś zatkało Feliksowi nos po czym odchyliło jego głowę do tył.
- прощать – usłyszał zanim miękkie ciepłe usta Iwana wpiły się w jego własne, po czym ciepły rosyjski wydech wypełnił mu płuca.
Kolejny oddech.
- ani mi się...
Fioletowooki poczuł dziwny smak. Coś jakby... maliny?
- Ble fuj!!! - Arthur po drugim „wdechu” wyleciał ze stołówki niczym trafiony piorunem, a sekundę później dogonił go jeszcze Feliks.
Obaj chłopcy przyssali się do kranu i gorączkowo płukali usta.
- Jak oni mogli,- mówił wściekły UK, wyciskając na rękę coraz większą ilość mydła w płynie – przecież to niemoralne!
Łukasiewicz z jednej strony rozumiał, iż w przeciwnym wypadku musieliby umyć kible przy recepcji, ale z drugiej jak on w ogóle mógł mi to zrobić, rozmyślał trąc mokrą twarz papierowym ręcznikiem. Tymczasem byłe ZSRR tylko przetarł usta rękawem. Ameryce wcale nie przeszkadzał pocałunek. Uznał to bowiem za część ćwiczenia i w ogóle tego do siebie nie wziął. Setki, tysiące myśli kołatało się teraz w głowie Słowianina. Czy naprawdę to nic nieznaczące ćwiczenie, a może właśnie przekroczył granicę, chociaż nie, już dawno ją przekroczył. Przekroczył ją w momencie kiedy zgodził się na ten cały wyjazd.
Po niecałych dziesięciu minutach Polak i Anglik wrócili.
- Brawo, brawo, a teraz chodźcie na parking, gdzie czekają już na was pani W i Pani S. - zachęcił T.
W połowie drogi animatorzy wymienili się grupami oraz odebrali dodatkową ilość masek.
- Uwaga! Zasad koszykówki chyba nikt wam tłumaczyć nie musi - mówiła z przejęciem blondynka - Po prostu grajcie...
- I postarajcie się nie pozabijać – przerwała jej W.
Pani W. była wysoką, szczupła, brunetką z pofarbowanymi na biało końcówkami, wystającymi spod dużej czarnej papachy. Nieco ukryte pod grzywką niebieskozielone oczy wyrażały bezgraniczny spokój. Dziwny uśmiech domorosłego mordercy oraz kocie rysy twarzy dopełniały jej wizerunku. Ub
ana była w jakąś, starą, czarną jak smoła, powyciąganą, skórzaną kurtkę oraz długie, mocno sprane dżinsy.
- Gracie do dwudziestu – powiedziała, wyjmując z jednej ze swoich, przepastnych kieszeni nóż oraz kawałek lipowego drewna.
- A co z piłką? - spytał Prusy.
- Mawiasz masz – burknęła ciemnowłosa, rzucając ją w jego stronę.
Chłopak złapał, zakozłował kilka razy, po czym wrzucił do kosza.
- Nu, to miłej zabawy – powiedziała opierając się o drzewo.
- Ale kto będzie sędzią? – W. z niechęcią oderwała się od lipy, po czym nożem wskazała na stojącą obok siebie koleżankę.
- Ta zabrała piłkę Japonii, wyjęła gwizdek i rozpoczęła grę.
Walka była nierówna. W końcu wszyscy w drużynie trzeciej, oprócz Kiku, byli bardzo wysocy, a najwyższy zawodnik jedynek, Gilbert, sięgał Anglii jedynie do oczu. Pierwszy mecz wygrały trójki.
- 20 do 6 - oznajmiła tryumfalnie karlica – E, Wyżeł popilnuj ich, muszę polecieć do toalety – powiedziała podchodząc do seledynookiej i oddając jej gwizdek.
- Ech, jak mus to mus – mruknęła animatorka, odbierając Ameryce piłkę. Przekręciła głowę aż chrupnęło, po czym rzekła – szanse są nierówne, trza będzie zamienić skład drużyn. Ty Finlandzka łamago - chono tu i wielki z szaliczkiem zamieniacie się.
- Ale... - zaczął Ameryka
- Żadnych ale, jeden dryblas tu i jeden dryblas tu. A teraz grać bęcwały bo każe wam umyć cały autokar, łącznie z podwoziem – zagroziła stając na środku - gotowi! - okropny, przewiercający uszy gwizd wypełnił powietrze.
- Dobrze, dobrze Francja! Łotwa co tak stoisz, jak słup soli, zabierz mu ją! O i jak się posłuchasz to nawet grasz.
Pani Wyżeł kibicowała naraz obu drużynom, co jakiś czas drąc się jacy są z nich nieudacznicy. Niedługo potem przyszedł jednak pan G. kończąc ich heroiczne zmagania.
- Ile jest? - zainteresował się blondyn.
- 18 do 18 – odparła czarnowłosa nie odrywając oczu od grających, bowiem właśnie teraz rozgrywała się ostatnia akcja.
Niezatrzymany przez nikogo Polska gnał w kierunku zwycięstwa, wymijając prawie wszystkich przeciwników. Niestety na jego drodze ku wygranej stanął Alfred. Co by tu zrobić? Co by tu zrobić? Myśl RP!! Myśl!!. Nagle czyjeś, silne ręce uniosły go do góry, pozwalając na wspaniały, niepowstrzymany przez nikogo rzut.
- Hurra zwycięstwo!!! - zawołał uszczęśliwiony Łotwa.
- Fajnie, fajnie a teraz chodźcie na sumo – zarządził G.
Bez większego szemrania, cała grupa podążyła za braćmi na parking, gdzie leżał olbrzymi materac z wymalowanym na środku czerwonym kręgiem oraz dwa dziwne stroje.
- Prosz, kto pierwszy na ochotnika? - zachęcił brązowooki – może Japonia i Lichtan...Lichton, oj dobra, ta mała – wskazał na zagubioną blondyneczkę – no chodź nie wstydź się.
Mężczyźni ubrali personifikacje w stroje po czym pomogli wejść na ring.
- Zasady są banalnie proste, ten kto pierwszy upadnie albo wyjdzie z koła przegrywa. - powiedział brunet - Jasne? To teraz walka!
Chwila przepychanek i na ringu została tylko Lichtenstein. Rozebrali ją i poprosili kolejnego zawodnika.
- Kto następny? Może Polska, kto zechce z nim zawalczyć!?
- Ja – podniósł się Gilbert.
Tym razem walka była o wiele bardziej widowiskowa i zakończyła się zwycięstwem Łukasiewicza.
- Wiwat Grunwald!!! - zawołał zielonooki.
- To co Finlandia, może teraz my? - niepewnie spytał Łotwa.
- Ok.
Po nich przyszła kolej na Francję i Anglię.
- No, no, no wychodzi na to, że ostatni pojedynek należy do Rosji i Ameryki – zapowiedział niebieskooki animator.
Chłopcy stanęli naprzeciw siebie i rozpoczęła się przepychanka. Natychmiast kibice podzielili się na zwolenników Alfreda i jego przeciwników. Pośród przeciwników USA znalazł się zmuszony do pocałunku Kirkland oraz przegrany z pierwszej rundy Japonia, nadal mający mu za złe Hiroszimę. Walka trwała ponad dwadzieścia minut i zakończyła się remisem.
- Kiedyś musimy to powtórzyć - powiedział stanowczo Ameryka.
- Okej, kiedy i gdzie?
- Po zajęciach, boisko, tylko ty, ja i piłka do kosza.
- Masz to jak w banku – wymiana straszliwych spojrzeń została zakończona przez pana K.
Po kilku sekundach dołączyły do nich i pozostałe drużyny.
- No dobra, macie dwie godziny wolnego, potem obiad. Węgry, Belgia wy gotujecie.
- Ta jest panie G.! - zawołały dziewczyny, po czym całe towarzystwo rozeszło się do swoich zabaw.

Uwielbiam <3 Polecam też 1 część.
OdpowiedzUsuń