cz.5 - Nie zawsze jest świętego Wita.
Niecałe pięć minut po przebudzeniu, Feliks wraz z całą resztą krajów został ustawiony w długim szeregu na parkingu przed ośrodkiem, a następnie wtłoczony do podstawionego zawczasu autokaru. Polska bez większego zainteresowania usiadł na swoim starym miejscu i wpatrzył się w okno. Pogoda lekko się popsuła, jednak nadal było dosyć ciepło. Łukasiewicz zamyślił się. Skąd wziął się Rosja w jego śnie? Albo inaczej. Dlaczego miał sen o tańczeniu na rurze? Patrzył na niknący za oknem ośrodek. Skąd mu się to wzięło? Pytań z wolna przybywało, lecz w końcu po kolei znajdował na nie odpowiedzi w miarę kolejnych kilometrów. Iwan był w jego śnie, gdyż ostatnio za często się widują. Taniec mógł mu się wziąć z obejrzanego jeszcze w domu amerykańskiego filmu, a wszystko tak się złożyło w jego głowie przez zbuntowany umysł oraz nadmiar zjedzonych pierogów. Tak, to wszystko wina pierogów – pomyślał i znowu się uśmiechnął. Resztę drogi spędził na grze w tetrisa. Kiedy w końcu maszyna stanęła na parkingu, animatorzy momentalnie poderwali się na równe nogi i kazali im wszystkim wysiąść. Teraz cała trzydziestoosobowa grupa stała przed wejściem do ładnego, zadbanego, olbrzymiego jak Arkadia budynku. Napis nad drzwiami wejściowymi głosił „zespół pływalni i saun Błękitny Taurus”.
- Cisza! Cisza! Zamknąć mordy jak do was mówię! - wydarł się G. - Uwaga, wchodzimy na teren pływalni jako jedna klasa. Macie do dyspozycji wszystkie baseny, zjeżdżalnie wodne, sauny, natryski i co tam wam się żywnie podoba. Równo za dwie godziny widzimy się z powrotem w szatni. W razie jakichkolwiek kłopotów proszę się zgłaszać do nas lub do rezydujących na terenie ratowników – zakończył, otwierając wielgachne drzwi i pozwalając dziewczynom, a później chłopakom wejść do środka.
Najpierw znaleźli się ogromnym przedsionku. Naprzeciwko wejścia, jakieś pięć, sześć metrów od progu, znajdowała się długa lada, za którą stała niezbyt wysoka, brązowowłosa kobitka, ubrana całkowicie na czarno. Czytała gazetę. Pan G. przykazawszy wszystkim zmienić obuwie na klapki, poszedł pogadać z recepcjonistką. Jak się później okazało, to wcale nie była żadna recepcjonistka, tylko po prostu najzwyklejsza w świecie szatniarka. Przyjęła ona ubrania i skierowała całą grupę do prawdziwej recepcji, znajdującej się dwa piętra wyżej. Personifikacje miały do wyboru dźwig albo schody. Przy windzie stała wielka, na oko ponad trzystukilowa, baba i najwyraźniej czekała aż tamta zjedzie, a następnie wwiezie ją na górne kondygnacje. Nagle drzwi się otworzyły. Kobieta spróbowała wleźć do środka, ale jej się brzuch w drzwiach nie zmieścił, więc stała tak ni przypiął ni wypiął. Któryś z lepiej wychowanych krajów, chyba Anglia, spróbował ją wepchnąć, chcący zostać bohaterem Alfred również się do tego przyłączył. Kiedy w końcu, nie wiadomo jakim cudem, ją wepchnęli, okazało się, iż zmieniła ona swój kształt z piłki na prostopadłościan, niechcący naciskając piersiami wszystkie dostępne guziki. Przez co zaczęła jeździć na trzecie i po kolei aż do parkingu. Dopiero jak technik przyszedł i dźwig wyłączył to udało się ją jakoś wyciągnąć. No, ale nic. Przejdźmy teraz do opisu przebieralni. Oczywiście szatnie były dwie, ale ja z uwagi na to, iż nasi główni milusińscy są płci męskiej zajmę się opisem tylko jednej z nich.
Zaraz za drzwiami na wchodzących czekały ustawione w karnym szeregu jasnoniebieskie szafki od jednego do stu osiemdziesięciu iluś, tuż pod nimi były długie, aksamitnie białe ławki, naprzeciwko których znajdowały się raptem trzy przebieralnie. Te bardziej rozgarnięte kraje, jak Szwajcaria czy Niemcy, nie musiały z nich korzystać, gdyż kąpielówki założyły jeszcze w pokoju. Reszta niestety musiała wycierpieć swoje w kolejce. Ale Polska przecież był inteligentny, dlatego też ominął kolejkę i przebrał się w jednym z tamtejszych kibli. Wyszedł na zewnątrz obnażając swoje nowiutkie biało czerwone kąpielówki. Odłożył rzeczy do szafki, a następnie chyłkiem minąwszy prysznice ruszył w kierunku olbrzymiego basenu, w którym wspomniany wyżej Aryjczyk spokojnie czekał na swojego, rozgarniętego jak kupa liści w październiku, współlokatora.
- Entschuldigung, Nie wiesz czy Feliciano skończył już się przebierać? - zagadnął go Ludwik.
- Chyba jeszcze siku robi - odparł Polak, zatrzymując się na moment.
- Scheiße, a mówiłem mu żeby załatwił tę sprawę jeszcze przed wyjściem. Danke Polen.
Zielonooki tylko kiwnął głową, po czym ruszył na dalsze zwiedzanie. Niebawem idąc wzdłuż basenu olimpijskiego dojrzał grupkę państw skandynawskich, beztrosko rzucających między sobą jedną z desek. Bez niczego inteligentnego na myśli minął ich i ruszył w kierunku zjeżdżalni wodnej. Wspiął się na nie za wysokie schody, po czym spróbował z jechać i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wpadł na płynącą tamtędy Belgię. Za co dostał od jej brata niezłego kopniaka.
- Głupie kraje Beneluksu – westchnął, masując obolały pośladek.
Pozostawił więc zjeżdżalnię i ruszył ku innym atrakcjom, a w pierwszej kolejności czegoś w rodzaju jakuzzi. Nim jednak tam dotarł, okazało się, iż jest ono zajęte przez panią S. oraz pozostałą kadrę. Ominął więc instruktorów szerokim łukiem i już miał czmychnąć ku saunom, kiedy nagle usłyszał Panią W.
- Felko, hajda tu na moment!
Blondyn posłusznie podszedł do wylegujących się w ciepłej wodzie animatorów.
- Słucham?
- Bądź tak miły i idź sprawdź, gdzie jest Nataszka – poprosiła brunetka, na moment wychylając się z ciepłej, buzującej wody.
- Ta jest – zasalutował, po czym wyruszył na poszukiwania, tym samym zapominając o własnych planach.
Właściwie to nie wiedział czemu się zgodził, ale być może był to jeszcze odruch zrodzony za czasów zaborów lub też późniejszy za ZSRR'u. Tak czy inaczej, miał teraz misję, po której wypełnieniu ponownie stałby się wolnym.
- Gdzie bym był, gdybym był Nataszą? – głośno się zastanowił.
- Ja bym był tam, gdzie jej brat – powiedział jakiś przyjemny męski głos.
Feliks momentalnie się odwrócił, zderzając swoją zieleń tęczówek z bezgranicznie morskimi oczami Francuza.
- Po co jej szukasz ma cher?
- Um, no cóż...
- Robisz to, bo się zobowiązałeś? - przerwał mu blondyn - Ech Pologne, Pologne, Pologne ty się chyba nigdy nie zmienisz – mruknął, wznosząc oczy ku sufitowi, jak gdyby było na nim napisane, gdzie jest poszukiwana dziewczyna.
- Może zamiast się wykrzywiać i wzdychać powiedział byś mi gdzie jej szukać, bo totalnie nie mam pomysłu – poprosił RP rozglądając się po hali.
- Może jest przy... - zaczął Francis.
- Zostaw mnie!!! - wypowiedź Bonnefoya przerwał głośny, znajomy już Feliksowi wrzask.
Chłopak grzecznie podziękował koledze z zachodu, po czym pognał tam, skąd dobył się krzyk. Rzeczpospolita leciał na oślep, mijając przechodzące obok niego personifikacje.
- Natasza, нет! - usłyszał gdzieś przy korytarzu prowadzącym na bicze szkockie.
Kiedy wreszcie wypadł na otwartą przestrzeń, ukazał mu się zabawny, a zarazem mocno krępujący widok. Stojąca naprzeciwko Iwana dziewczyna, mierzyła w jego stronę z dwóch dysz pod bardzo wysokim ciśnieniem, które z siłą odrzutowca przygwoździły jej ukochanego do wyłożonej niebiesko-żółtymi kafelkami ściany. Jedna dysza była skierowana na tors uniemożliwiając ucieczkę, a druga gdzieś w okolice wątroby, zjeżdżała nieuchronnie w kierunku jego przyozdobionych słonecznikami kąpielówek. Polanin miał dwa wyjścia. Pierwsze zostawić ich samych i wrócić jak tchórz do pani W., a następnie oznajmić jej co się dzieje, albo interweniować, tym samym skazując się na natychmiastową zagładę z ręki stojącej zaledwie kilka kroków od niego Słowianki. Pomóc, czy nie pomóc, oto jest pytanie – pomyślał, nadal wgapiając się jak sroka w gnat, na powoli zjeżdżające z bioder kuzyna bokserki. W końcu jednak podjął męską decyzję. Poszukał wzrokiem kurka z wodą, po czym szybko przyskoczywszy tam zakręcił go, uwalniając tym samym współlokatora od powolnego i szczerze mówiąc bolesnego striptizu. Widząc, iż woda przestała lecieć, Arlovskaya odwróciła swe pełne błękitnych błyskawic oczy w kierunku śmiałka, który odważył się jej przeszkadzać w „zabawie” z bratem. Straszliwy syk wypełnił cały korytarz. Natasza powoli ruszyła w kierunku blondyna, który w aktualnej sytuacji stał w kozim rogu sparaliżowany strachem i robił minę wyjętego z wody karpia. Coś wielkiego przebiegło tuż przed twarzą dziewczyny zabierając jej cel z pola widzenia.
- Ты сошел с ума! - zawołał fioletowooki zrzucając, go ze swoich barków aby mógł samodzielnie biec.
Polak dopiero teraz, w zetknięciu z zimną, mokrą, kafelkową podłogą odzyskał świadomość i dawaj biec za platynowowłosym w kierunku saun. Po drodze minęli mocno zdziwione kraje angielskojęzyczne. Oczywiście nie omieszkali stratować nie zauważonego przez nikogo Kanady, ale mniejsza z tym. Wpadli do pierwszej lepszej sauny, akurat na całującego się z Węgrami Austrię.
- Sorry! - zawołał zielonooki zamykając drzwi.
Niestety nie mieli już czasu na wybranie innej, gdyż ubrana w jednoczęściowy, granatowy kostium kąpielowy Natasza z godną pozazdroszczenia zawziętością deptała im po piętach.
- Tędy! – wrzasnął złotowłosy, pokazując stojący nieopodal basen ze skocznią.
Obaj bez namysłu jak najszybciej wdrapali się na drabinę. Dziewczyny jednak nie odstraszyła wysokość, gdyż zaczęła się wspinać za nimi. Teraz znajdowali się w opłakanym położeniu. Obaj stali na chybotliwej desce, błagając mocno wkurzoną dziewczynę, aby się do nich nie zbliżała, gdyż w przeciwnym wypadku, ta może się złamać. Białoruś nie zwróciła na to jednak najmniejszej uwagi. Dopiero głuchy trzask uświadomił jej co najlepszego zrobiła. Drewno złamało się tuż przed jej stopami, skutkiem czego obaj Słowianie spadli. Iwan był spokojny w locie natomiast Feliks leciał prościutko na twarz, niemiłosiernie się przy tym drąc. Rosjanin przewrócił oczami, wiedział, iż jeżeli nic nie zrobi to Polska nieźle walnie o płaską jak lustro toń basenu, być może nawet coś sobie przy tym uszkadzając. Podjął więc iście heroiczną decyzję łapiąc go i obracając w taki sposób, aby przyjąć całą siłę uderzenia. Lecieli więc te ostatnie kilka milisekund przytuleni do siebie. Tak jak wtedy, kiedy rano się na siebie zwalili. Fioletowooki przyjął na swoje plecy cały impet uderzenia, przy okazji trafiając swoją zadnią częścią na coś, co absolutnie wodą nie było. Obaj nie wiedzieli, iż pływający pod nimi Prusy właśnie stracił przytomność. Uratował go dopiero, po raz trzeci wracający z toalety, Feliciano. Szatyn wyciągnął Gilberta na brzeg i rozpoczął resuscytację. Gdy tylko białowłosy odzyskał przytomność i zobaczył wtłaczającego mu powietrze Vargasa, uderzył go pięścią w brzuch, na skutek czego biedny ratownik wylądował w wodzie. Nadal otumaniony Prusak nagle został podniesiony za kark przez swojego młodszego brata, po czym na oczach szatyna oraz słowiańskiego kuzynostwa zamknięty w stojącej nieopodal saunie syberyjskiej. Ludwik delikatnie pomógł współlokatorowi wyjść z basenu, a następnie zaprowadził go do pielęgniarki, tak na wszelki wypadek. Tymczasem nasi drodzy wschodni pechowcy musieli jak najszybciej odnaleźć instruktorów, bowiem Natasza zobaczywszy, iż Wania się wynurzył, postanowiła zejść ze skoczni. Nagle tuż obok chłopców stanęła pani W. w swoim dwuczęściowym czarnym bikini.
- Wracamy do jakuzzi – oznajmia łapiąc Arlovskayę za włosy i prowadząc w stronę damskiej przebieralni.
- W sumie mogło być gorzej – wzruszył ramionami blondyn, nie patrząc na masującego obolały kręgosłup Rosjanina.
Nagle podszedł do nich Ameryka.
- Russia, I challenge you to a duel.
- Na czym miałby on polegać? - zapytał podejrzliwie były ZSRR.
- Zobaczymy, kto dłużej wytrzyma w saunie tropikalnej – odpowiedział okularnik, uśmiechając się niczym mały, wredny diabełek.
- Nooo...
- O, znów pojedynek, ja również się piszę – powiedział, pojawiając się nie wiadomo skąd Anglia.
- Nie wytrzymasz w takiej saunie za długo ma cher – uśmiał się żabojad, naraz stając tuż obok nich.
- To co Rusie, przyjmujesz wyzwanie?! - zapytali naraz wszyscy trzej blondyni.
Polska tymczasem zaczął cicho chichotać pod nosem, on również pragnął zobaczyć, ile ten syberyjski bałwan w saunie wytrzyma.
- Xорошо, niech wam będzie – zgodził się Braginski.
Cała czwórka nie wyłączając Łukasiewicza poszła w kierunku sauny tropikalnej, w której wnętrzu znajdował się jedynie śpiący Japonia. To jednak nikomu nie przeszkadzało. Wszyscy biorący udział w pojedynku szybko znaleźli sobie w miarę wygodne miejsca, po czym z nudów zaczęli opowiadać chamskie dowcipy. Kawały były bardziej lub mniej śmieszne, ale przynajmniej umożliwiały chwilowe oderwanie się od gorącej i dusznej rzeczywistości.
- A to znacie? - spytał Jonas – Stanął diabeł przed Polakiem, Ruskiem i Niemcem...
Obaj Słowianie przezornie przewrócili oczami.
- I mówi, pozwolę wam przejść przez granicę, ale tylko pod warunkiem, że przeniesiecie żywą wiewiórkę w gaciach. Wszyscy trzej się zgodzili. Pierwszy poszedł Polak, pokręcił się, ale przeszedł. Drugi był Niemiec, miał ochotę zwierzaka zagazować, ale też przeszedł...
- Oho, zaraz się zacznie third world war – szepnął Arthur, delikatnie szturchając Łukasiewicza w ramię.
Tamten jedynie ukradkiem kiwnął głową, natomiast nieświadomy własnej głupoty amerykaniec brnął dalej.
- Rusek się kręci, wierci, w końcu wyrzuca futrzaka przez nogawkę. Więc diabeł go zawraca i pyta co mu się takiego stało, że nie wytrzymał – widać, że Iwan szuka innego równie nieprzyjemnego kawału, ale nadal słucha – na co tamten: jak zrobiła sobie z mojej pały gałązkę to wytrzymałem – Anglia zmarszczył brwi – jak zrobiła sobie z moich jaj orzeszki, to dałem radę – Polska przełknął uśmiech – jak zrobiła sobie z mojej ass dziuplę, to też przeżyłem – gdyby Rosja mógł zabijać wzrokiem, to by biedny Alfred zamilkł na wieki – Ale gdy spróbowała wciągnąć orzeszki do dziupli, to już nie dałem rady – Francja i Ameryka zgodnie gruchnęli śmiechem, a tymczasem nadeszła kolej na dowcip Bragińskiego.
- Eghem – odchrząknął wyższy Słowianin, przywołując trzęsących się ze śmiechu blondynów do względnego porządku – Zasypaną śniegiem tajgą jadą saniami: Rosjanin, Polak, Francuz i Amerykanin – tego ostatniego to prawie wysyczał – Nagle do sań doskakuje stado wilków. Już mają się rzucić na sanie, gdy gospodarz wyrzuca Francuza z pojazdu. Zwierzaki rozszarpują nieszczęśnika - szarowłosy postarał się o nastrój grozy - po czym znowu próbują. Tym razem jednak z sań wylatuje Amerykanin...
- Ej, to jest chamstwo! – wrzasnął okularnik.
- Ja ci nie przerywałem – zlał go fioletowooki, dalej kontynuując swoje opowiadanko – tamtego również rozszarpują. Teraz rozochocone nie mają zamiaru czekać, tedy chłop wyciąga strzelbę i zabija je po kolei. Gdy nic już saniom nic nie zagraża, Polak pyta kolegę: Dlaczego od razu ich nie zastrzeliłeś? No co ty - odpowiada prowadzący – pół litra na czterech?
Feliks tak się uśmiał, że zleciał z ławeczki i potłukł swe zacne cztery litery. Anglia, który wyobraził sobie rozszarpane przez wilki zwłoki podróżników, natychmiast poczuł potrzebę wypuszczenia kotłującego się w jego trzewiach pawia. Dlatego też bez zbędnych ceregieli szybko opuścił saunę, pozostawiając w jej w wnętrzu zdziwionych jego reakcją kompanów. Widząc iż igraszkom nadszedł kres i niebawem sytuacja może przybrać nieprzyjemny obrót, Francis bezszelestnie wstał, po czym pod pretekstem pomocy współlokatorowi chyłkiem wyniósł swą dystyngowaną osobę z owego nabrzmiewającego złą energią pomieszczenia. Pozostała czwórka, bo Japonia jak wiadomo nadal spał, siedziała i mierzyła się wzrokiem. Polska nerwowo przełknął ślinę i począł szukać jakiegoś dobrego wytłumaczenia swojej chęci ucieczki. Nagle Jonas nie wytrzymał i powiedział głośno, tak aby nawet pokryte drewnianymi panelami ściany dobrze go usłyszały.
- Sorry, but I must go to the toilet – rzekł, a następnie wyszedł trzaskając drzwiami.
Kiedy tylko tamte się zamknęły nagle wisząca pod sufitem żarówka zgasła.
- Wo tena? - zdziwił się Feliks, stając na nieco wilgotnej podłodze.
Przez dłuższą chwilę obaj Słowianie czekali w milczeniu na ponowne włączenie światła, jednak nie doczekawszy się, postanowili wyjść i sprawdzić co się dzieje. Oczywiście Polska nie zauważył, iż Rosja wpadł dokładnie na ten sam pomysł i również wstał. W chwili gdy Feliks na ślepo spróbował zrobić, krok nagle się poślizgnął i prawie by wyrżnął swoją delikatną główką o wyłożoną granatowoniebieskimi kaflami podłogę, gdyby nie chwycił za coś dosyć dużego i mięsistego. W tym momencie po saunie rozszedł się głuchy syk bólu. Zielonooki w mig zrozumiał, za co nieopatrznie złapał i jakie to będzie niosło za sobą konsekwencje. Niestety, w tej dramatycznej chwili zapaliło się światło, ukazując siedzącego naprzeciwko nich Hondę z aparatem w rękach.
- Ni-ет! - wrzasnęli jednocześnie współlokatorzy, gotowi zabić w razie niewykonania rozkazu.
- Shizukani - uspokoił ich Japończyk, okładając chwilowo niebezpieczne urządzenie na bok – już zrobiłem – uśmiechnął się, po czym zniknął w tylnych drzwiach, wraz z zapisanym zdjęciem.
- O żesz ty!!! - ryknął Polak, puszczając się za nim w pogoń.
Iwan natomiast odpuścił, trawiący go nadal ból po solidnym uścisku Łukasiewicza nie pozwalał na jakiekolwiek gwałtowne ruchy.
Jakąś chwilę później animatorzy poczęli z wolna wołać personifikacje do szatni. Wszyscy czym prędzej chcieli wrócić do ośrodka na pyszną kolację, którą mieli przygotować Feliciano z Ludwikiem. Jednakże kogoś brakowało, ustawiona przed budynkiem grupa liczyła zaledwie dwadzieścia dziewięć osób, a po ponownym przeliczeniu wciąż nie przyjmowała okrągłej liczby trzydziestu. Instruktorzy stali naprzeciwko krajów i zastanawiali się kogo brakuje. To znaczy pan G. się zastanawiał, gdyż reszta, poza panią W. walczącą z wziętą na smycz Białorusią, cały czas między sobą komentowała wystrój pływalni.
- Dania jest. Ameryka jest. Kogo do czorta brakuje? - zastanawiał się na głos G. - wiem, Nataszy! - zawołał tryumfalnie.
W tej sekundzie doszedł go złowieszczy szept zza pleców seledynookiej.
- Mój braciszek, on jest mój tylko mój...
- Czyli ona też jest – skwitował, ponownie szukając wzrokiem odpowiedzi na swoje pytanie.
- P-przepraszam – delikatnie postukał go w ramię jego młodszy brat.
- Czego!? Nie widać, że szukam kogo brakuje!? - fuknął na niego czarnowłosy.
- Ale ja wiem kogo brakuje.
- No?
- Braknie nam Prus.
- Super, T. znajdź go szybko i ruszamy – rzekł, zwracając się w kierunku ognistowłosej.
Dziewczyna jedynie skinęła głową, po czym zniknęła za drzwiami pływalni. Wróciła dopiero po piętnastu minutach.
- No i co, jest? - zapytał z nadzieją G.
Szarooka przecząco pokręciła głową.
- To co, kurna, ja mam teraz z nimi zrobić!? - załamał się niebieskooki.
- Może ja coś poradzę – mruknęła W., ciągnąc za sobą uwiązaną grubym wołowym pasem blondynkę.
- No – głównodowodzący podniósł na nią zrezygnowane oczy.
- Potrzymaj – poleciła Pani T., która gdy tylko „Wyżeł” zmniejszyła uścisk zaryła obcasami w pylistą powierzchnię parkingu.
Tak mocno Nataszka ciągnęła do swojego ukochanego Rosyjki. Animatorka wyciągnęła białą chusteczkę, po czym bezceremonialnie podeszła z nią do Braginskiego, a następnie wytarła nią jego twarz i wróciła do reszty kadry.
- No Arlovskay, jak znajdziesz Gilberta i go tu przywleczesz, to dostaniesz chusteczkę z potem Iwana.
Personifikacji aż się oczy zaświeciły. Teraz wystarczyło ją tylko wpuścić do budynku. Gdy tylko Białorusinka poczuła wolność, natychmiast pognała na górne kondygnacje. Głośne krzyki, jakie dobyły się z wnętrza budowli, oznaczały tylko tyle, iż już znalazła trop i konsekwentnie dąży do znalezienia swojego celu. Tymczasem animatorzy, nie chcąc tracić już ani minuty dłużej na parującym gorącem parkingu, zapędzali całą hałastrę do autokaru, po czym włączyli ślinik, a co za tym idzie i klimatyzację. Niecałe pięć minut później w drzwiach „Zespołu pływalni i saun błękitny Taurus” pojawiła się granatowooka dziewczyna, niosąc na rękach zamarzniętego nieomalże na kość albinosa. Oczywiście dostała swoją upragnioną chusteczkę, a Gilbert solidny ochrzan za nie dotrzymanie terminu.
Wreszcie wszyscy zajęli swoje miejsca i można było spokojnie ruszyć z powrotem do ośrodka. Podczas jazdy powrotnej, Feliks postanowił przyciąć komara. W tym celu oparł głowę o okno, zamknął oczy i wsłuchał się w miarowy szum rozmów. Droga była długa i cały czas otoczona bujnie rosnącym lasem. Po szosie rzadko kiedy przejeżdżały niewielkie samochody osobowe. Monotonna jazda z wolna zaczynała dawać się we znaki wszystkim krajom nie posiadającym żadnych urządzeń elektronicznych, było więc dla nich przyjemną rozrywką kiedy nagle autokar wydał głuche kwik! po czym zaturkotał i stanął. Nieco zdziwiony nagłym nieposłuszeństwem maszyny kierowca spróbował ponownie zapalić. Pojazd jednak ani myślał ruszyć w dalszą drogę, a na miejsce swojego buntu wybrał odcinek bezpośrednio przylegający do starego, chyba żydowskiego, cmentarza. Pośród personifikacji wzniosły się nerwowe komentarze.
- No to możemy się już zawinąć w prześcieradła i z wolna podążać w kierunku cmentarza – kwaśno skwitował Norwegia.
Ów nienaturalnie głośny komentarz obudził drzemiącego dotąd w spokoju ducha zielonookiego.
Pan K. wraz z kierowcą wyszli na zewnątrz aby zobaczyć cóż się takiego stało. Przyczyna nagłego buntu maszyny okazała się być trywialna i niestety niełatwa do naprawienia. Obaj mężczyźni migiem wrócili do pojazdu, aby oznajmić wszem i wobec, iż właśnie skończyło im się paliwo, a najbliższa stacja benzynowa znajduje się jakieś dwa kilometry dalej. Na całą wycieczkę padł strach zostania w owym miejscu aż do samej nocy. Na szczęście w tamtej dramatycznej chwili pojawił się pomysł, przypadkowo wysunięty przez panią S.
- Niech dopchają autokar do stacji – wzruszyła ramionami karlica.
- A niby jak to sobie wyobrażasz!? - ofuknął ją T. – jak nasza trójka miała by przepchać wypełniony personifikacjami autokar!?
- To nie wy, bęcwale, będziecie pchać, tylko oni – tu wskazała na kręcące się kraje niemieckojęzyczne.
- Ty, to niezły pomysł – uśmiechnął się szatyn, po czym przekazał go wariującemu już z nerwów G.
Pomysł był, teraz należało go jedynie wcielić w życie. Dlatego też pozwolono pani W. na wybranie około dziesięciu najsilniejszych krajów, które miałyby spełnić ową niewdzięczną rolę pchających. Oczywiście wybór był w cholerę łatwy, bowiem czarnowłosa bez patrzenia na jednym wydechu potrafiła wymienić ośmiu siłaczy, po czym dla picu dodała jeszcze dwie łamagi. Na zewnątrz autokaru zostały wyprowadzone następujące kraje: Holandia, Francja, Anglia, Niemcy, Ameryka, Hiszpania, Turcja, Rosja, Dania i Szwecja. Po chwili do nadzorowania, a w rzeczywistości jako dodatkowe pary rąk, zostali oddelegowani również i panowie animatorzy. Pod nieobecność pana G. dowództwo przejęła karlica. Pojazd powoli zaczął się toczyć w wybranym przez kierowcę kierunku. Feliks nie tyle z troski, co z ciekawości opuścił swoje miejsce, a następnie usiadłszy na końcu, odsunął zasłonę i począł szukać, swoimi ślicznymi, malachitowymi oczami, udręczonego kuzyna.
- E, Rusland. Zobacz, ktoś cię chyba obserwuje – uśmiał się Duńczyk.
Iwan podniósł oczy i ujrzał przyciśnięty do szyby nos Łukasiewicza. Zrobiło mu się na ten widok okropnie miło, nie żeby był egocentrykiem, ale poczuł przyjemne mrowienie, toteż aby pokazać iż nie na darmo pani W. wybrała właśnie jego, dwukrotnie zwiększył swoje wysiłki. Tym samym narzucając innym takie tępo, że połowa pchających po niecałych stu metrach miała go serdecznie dość.
W końcu, po godzinie mordęgi szczęśliwie udało się zajechać na stację benzynową. Tam dopiero trzynastce wybrańców wolno było odpocząć. Oczywiście pani T. od razu rzuciła się mężowi na szyję, chwaląc jaki to on wspaniały, że autokar przepchał. Natomiast reszta po prostu zażyczyła sobie czegokolwiek zimnego do picia. Siedząc przy jednym z knajpianych stolików, gdyż stacja była również nierozerwanie złączona z barem, Rosja spokojnie dopijał zakupioną wcześniej Nesti. Niby to przypadkiem dosiadł się do niego nasz kochany RP. Na początku milczeli i tylko rzucali sobie ukradkowe, pozbawione jakiegokolwiek zainteresowania spojrzenia. W końcu jednak wielbiciel paluszków nie wytrzymał napięcia i zapytał:
- Mogę łyka?
Braginski skinął głową i podał kuzynowi parującą zimnem butelkę.
- No i co, dopadłeś Japonię? - zainteresował się fioletowooki, bacznie obserwując lecącą w górę i w dół grdykę współlokatora.
- Hm? - zdziwił się Feliks - A tak, no jasne, że dopadłem.
- No i... - Iwan pragnął poznać szczegóły.
- No i cóż, złapałem go za gatki i wyrwałem aparat, a kiedy zacząłem przewijać to się okazało, że na zdjęciu ja stoję, a ty się na mnie gapisz. Nic ciekawego. Takie fotki to on może sobie generalnie robić – wzruszył ramionami blondyn.
- Aha – Rosjanin ponownie pociągnął z butelki kilka łyków mdłego napoju.
Niebawem jednak przerwa się skończyła i należało wrócić do wnętrza dusznej maszyny. Reszta drogi upłynęła już bez przeszkód. Po powrocie do ośrodka zarządzono około godzinną przerwę na odłożenie rzeczy, przebranie się i tym podobne bzdety. Tymczasem Italia z Deutschlandem zajęli się przygotowywaniem kolacji, na którą złożyły się głównie zapiekanki z serem i pomidorami. Po posiłku pozwolono się wszystkim rozejść z tym, że o godzinie dwudziestej mieli się ponownie spotkać na stołówce. Polska wracając do pokoju był prawie pewien, iż spotkanie na sali będzie raczej pogadanką na temat karygodnego zachowania sporej części grupy na pływalni. Niestety, a może i stety, się pomylił. Animatorzy uśmiechając się tajemniczo poprowadzili ich za ośrodek, po czym pod płotem ustawili w długim dwuszeregu, a następnie kazali odliczyć do dziesięciu. Powstałe przez to trzyosobowe grupki miały za zadanie przejść przez wyznaczoną ścieżkę, ale najpierw kazano im oddać wszelkie urządzenia elektroniczne, aby było bardziej strasznie. Feliks był w ostatniej trójce wraz z dwoma największymi cykorami obozu, to jest Łotwą i Włochami Północnymi. Oczywiście długo czekali, aż wszystkie grupy przejdą, ale w końcu gdy już miała nadejść ich kolej okazało się, iż ma iść z nimi Pani W. Szczerze mówiąc, żadna ze stron nie była z tego powodu zadowolona, ale cóż było robić? Dyrektywa odgórna pana G. musiała być obowiązkowo spełniona, toteż cała czwórka chcąc czy nie, ruszyła w las. Dróżka biegła między olbrzymimi drzewami, a wszystko dookoła spowijał gęsty mrok. Jedynymi widocznymi w owej ciemności rzeczami były świetliki oraz pozostawione na ścieżce wabiki. Chłopcy szli przodem, natomiast W. jak najbardziej z tyłu, co jakiś czas wyjmując obitą skórą manierkę i pociągając z niej kilka niewielkich łyków nalewki malinowej. Byli w połowie, gdy nagle nikłe światło plastikowych zabawek oświetliło wielkiego czarnego stwora. Cała trójka zamarła w bezruchu. Napita pani W. wyjrzała zza nich i momentalnie otrzeźwiała. Wyciągnęła pistolet na kapiszony, po czym kilkakrotnie strzeliła, płosząc szczerzącego nieskazitelnie białe kły zwierzaka. Przez resztę spaceru nie mogła się ogonić od przyklejonych do jej ramion Rawisa i Feliciano. Wreszcie po piętnastominutowej męczarni udało się dotrzeć do punktu zbiorczego, gdzie powitano ich gromkimi okrzykami radości. Feliks obojętnie minął tłum. Nie chciało mu się gadać, miał dość wrażeń jak na jeden dzień, natomiast pozostali cykoranci od razu zaczęli opowiadać o spotkanym na drodze wilku. Pani W. została wezwana na dywanik i wypytana o wszystko co się stało, łącznie z tym, dlaczego śmierdziała alkoholem. Podczas gdy wszyscy słuchali Łotwy, jaki to ten zwierz był straszny, RP począł szukać jakiegoś przyzwoitego miejsca do siedzenia. Niestety, wszystkie większe korzenie zostały już zajęte. Widząc zakłopotanego kuzyna Iwan postanowił, łaskawie, pozwolić mu usiąść na swym kolanie. Łukasiewicz początkowo się opierał, ale czując, iż gadanie potrwa jeszcze dobre kilkadziesiąt minut, zgodził się. Przejmujący, zimny i porywisty wiatr, który póty Polska był w lesie wcale mu nie przeszkadzał, teraz, będąc na polanie, stał się nie do wytrzymania. Dlatego też blondyn skorzystał z okazji i wtulił się w szalik współlokatora, aby choć trochę się uchronić przed przeszywającym go na wskroś chłodem. Zauważywszy to Braginski postanowił zwyczajnie rozpiąć swój chałat i bez najmniejszego namysłu oddać zielonookiemu.
- Mnie ciepło – rzekł przykrywając go ubraniem, w którym nasz drogi paluszkożerca wyglądał, krótko mówiąc, jak w worku.
Ale przynajmniej jest mi ciepło – pomyślał z niemą wdzięcznością zapinając suwak. W końcu rozważania zakończył gromki okrzyk pana T.:
- W pary i do ośrodka! - zawołał, łapiąc swą ukochaną pod ramię i prowadząc w stronę okalającej las szutrowej drogi.
Niebawem znaleźli się wewnątrz budynku. Feliks omal zapomniał oddać purpurowookiemu bluzę, ale na szczęścia w porę mu się przypomniało. Chłopcy szybko weszli na górę i na białoruski wypadek zamknęli drzwi, po czym już o połowę spokojniejsi zajęli się szukaniem piżam oraz myciem zębów. Kiedy Iwan wrócił z łazienki Polanin leżał na łóżku i czytał książkę. Federacja Rosyjska był chyba nazbyt zmęczony, aby zapytać o napotkanego w lesie wilka, tak więc nie wydając z siebie żadnego dźwięku prócz zwykłego westchnienia, legł tuż obok niego na śmierdzącym molami materacu.
A tymczasem na dole, w sali z dzikiem trwała animatorska narada na temat grasującego po lesie stworzenia.
- Trza by jakoś tak po cichu się go pozbyć – powiedział stanowczo G. - stanowi zbyt duże zagrożenie.
- Pozbyć tak, ale jak? Jedyna broń jaką posiadamy to stary pistolet na kapiszony oraz trzy podrdzewiałe wiatrówki, jak niby takim szmelcem mielibyśmy się go pozbyć? - warknął K.
- Kto ma szmelc, ten ma szmelc... - uśmiechnęła się kpiąco W.
- Ta, ty i te twoje bagnety. Założę się, że nie dałabyś temu zwierzowi rady – zadziornie powiedziała S.
- Chcesz się spróbować? – W. odkąd wróciła do budynku trzymała nerwy na postronkach.
- Dziewczyny, nie kłóćcie się – próbowała załagodzić ich spór T.
- Dobra, zrobimy tak. Ja, T. i K. weźmiemy broń i zajmiemy się bestią, a wy dopilnujecie, aby żadna personifikacja absolutnie się o tym wszystkim nie dowiedziała – rzekł G., ujmując w dłoń jedną z opartych o ścianę luf.
- Idę z wami – stanowczo powiedziała seledynooka.
- Ale... - brunet nie zdołał dokończyć, widząc ostrza błyszczące w ręku koleżanki – No dobra – umilkł.
Dalsze wydarzenia owego wieczoru zostały starannie zamaskowane przez pozostałe w budynku instruktorki.

Komentarze
Prześlij komentarz