cz.12 - Pożegnanie.

 

Nadszedł w końcu upragniony przez wszystkich dzień zakończenia wyjazdu. Ciche dudnienie ściąganych po schodach toreb obudziło Feliksa, lecz chłopak nie mógł wstać, gdyż przygniatał go jakiś przyjemny, ciepły ciężar. Blondyn uśmiechnął się pobłażliwie, po czym odwrócił twarzą w stronę właściciela ciężaru. Oczy Rosjanina były nadal zamknięte, a z ust wydobywał się cichy dźwięk chrapania.
- Wania, pora wstawać – blondyn delikatnie poskrobał go po nosie, co wywołało u szarowłosego kichnięcie.
Łukasiewicz zachichotał, po czym znów spróbował obudzić swojego nocnego towarzysza igraszek. Ten jednak nadal pozostawał niewzruszony, a jedynie zaczął głośniej chrapać. Wówczas zielonooki, któremu z wolna zaczynało się robić niewygodnie, zatkał mu nos. Usłyszał dźwięk, jaki wydał dziadzio Jasia, gdy ten mu zabrał aparat tlenowy i Iwan nareszcie otworzył przerażone oczy, po czym skupił je na dwóch małych, zgrabnych paluszkach, które tęgo ucapiły go za nos.
- Dzień dobry, śpiochu – usłyszał znajomy głos.
Braginski jeszcze raz ziewnął.
- Dobry – przetarł oczy – Jak ci się spało? - uśmiechnął się przyjaźnie.
- Wyśmienicie, nieco mnie tylko kark boli... A Tobie?
- Mi też. Я люблю тебя – delikatnie pocałował go w ucho.
- Och przestań... – na policzkach Feliksa pojawiło się naraz ze dwadzieścia odcieni karmazynu.
- Kiedy to prawda, kuzynie – zamruczał cichutko.
Wtem znowu rozbrzmiał na cały regulator telefon Polski obwieszczając wszem i wobec, iż już nadeszła pora wstawania. Nocni kochankowie leniwie zrzucili kołdrę i rozdzielili się. Szarowłosy ruszył do toalety, a były PRL zaczął się przebierać w dzienne rzeczy i dopakowywać bagaż podręczny. Niedługo potem obaj byli gotowi do wymarszu. Iwan wyszedł pierwszy, a za nim, ciągnąc swoją walizkę na kółkach, chciał podążyć Rzeczpospolita, lecz znów kółko niesfornej walizki zakleszczyło się między progiem, a deskami podłogi.
- Em, Wania...
- Hm? A jasne – Federacja rosyjska odłożył swoje bagaże i zajął się walką z różową torbą współlokatora.
Po circa dwóch minutach szarpania kółko zostało uwolnione, lecz bagaż nie wrócił do właściciela.
- Ej, co Ty robisz do jasnej cholery?
- Jak to co? Pomagam – odparł Rosjanin, zabierając jego oraz swoje bambetle na dół.
Po drodze spotkali rozporządzającą ruchem panią S. Kobieta skierowała objuczonego bagażami Rosję do autokaru, a Feliksowi nakazała na-ten-tychmiast stawić się w stołówce, gdzie już trwało czytanie listy obecności.
- Ameryka, Alfred F. Jonas?
- I'm here!
- Anglia, Arthur Kirkland?
- Here, Francis odczep się wreszcie od moich pośladków!!!
Po sali rozszedł się cichy pogłos i śmiech.
Na szczęście nim doszło do litery R, Rosja zdążył wrócić i zameldować swoją obecność.
- No to skoro jesteśmy w komplecie – ucieszyła się pani W. - to może warto, abyśmy rozpoczęli posiłek.
Gdy tylko rozbrzmiały te słowa, Finlandia i Szwecja zaczęli otwierać przykryte srebrnymi pokrywkami półmiski, na których piętrzyły się stosy jedzenia. Zaraz więc po zakończeniu przemowy można się było zabrać za penetrowanie szwedzkiego stołu. Po krótkiej chwili przy stole Słowian usiedli w komplecie Rosja z Polską oraz Białoruś i Ukraina, a także Estonia z Łotyszem. Każdy miał na talerzu co innego do jedzenia i oczywiście każdy to, co lubił. Czytelnik pozwoli, że nie będę się rozwlekała nad opisem tego co na ów posiłek każdy sobie wziął.
- Halo! Gały na mnie! - wydarła się brunetka – Kiedy zjecie proszę, abyście się grzecznie ustawili pokojami na parkingu i poczekali na nas, ponieważ jeszcze przed odwiezieniem was na lotnisko zajedziemy do muzeum...
- Buuuuu!!!
- Milczeć! - zirytowała się W.  - To nie byle jakie muzeum!
- Nudy, znów oglądanie jakichś drętwych eksponatów – wzruszył ramionami Alfred.
- Ty chyba dzieciaczku dawno nie biegałeś dookoła ośrodka? – zmarszczyła brwi ciemnowłosa animatorka – więc jeżeli nie chcesz sobie przypomnieć jak to jest, to MILCZ! Reasumując, zajadać i widzimy się na parkingu, zrozumieli?
- Tak jest pani W.!!!
Na tym mniej więcej śniadanie się zakończyło. Feliks szybko zlizał resztkę dżemu z talerza i odniósł go do kuchni, po czym wrócił do stołu. Białoruś zlustrowała go złym wzrokiem, jakby czegoś w jego oczach poszukiwała. Nie znalazłszy jednak ani w mimice jego twarzy, ani w spojrzeniu niczego podejrzanego wróciła do posiłku.
- A jak wam się spało? - spytała Ollena, siorbiąc mleko z płatków.
Kuzyni wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Całkiem całkiem – odparł blondyn – A Wam?
- Też ujdzie, tyle, że jacyś kretyni przez pół nocy naparzali rocka. Myślałam, że szału dostanę...
- Długo się nim nie nacieszyli... – uśmiechnęła się Nataszka, wspominając wybebeszony głośnik.
- Tak czy owak w końcu udało nam się około dwunastej usnąć – dziewczyna dopiła i poszła odnieść pustą miskę.
Braginski jeszcze moment deliberował nad niezużytym na kanapki kawałkiem żółtego sera, ale wreszcie i on został zutylizowany.
Jakąś chwilę później cała trzydziestka czekała już przed autokarem.
- Ile można jeść jedno głupie śniadanie – denerwował się Lovino.
- Spokojnie braciszku, pewnie zaraz tu przyjdą... Ojej, rozwiązał mi się but, Doicy, Doicy ratunku but mi się rozwiązał!
Romano tylko głośno westchnął i puścił swoją tradycyjną wiązankę przekleństw na temat szwabskiego kartofla.
Wreszcie po około dziesięciu minutach pojawili się animatorzy. Przeliczyli kraje, co poniektórym nakładli za niezastosowanie się do nocnego zakazu opuszczania pokoi, po czym całą czeredę zagonili do autokaru. Kierowca włączył jakąś wszawą muzyczkę, która nijak się miała do mijanego po drodze krajobrazu i tylko drażniła uszy. Iwan znów usiadł obok Feliksa. Obaj chłopcy milczeli i rzucali sobie ukradkowe, lecz pełne namiętności spojrzenia. W końcu niby to się przeciągając Braginski objął blondyna co wywołało u niego lekki rumieniec. Zielonooki ziewnął, po czym lekko przechylił głowę i oparł ją na silnym ramieniu kuzyna. Przymknął oczy i wsłuchał się w puszczany przez kierowcę utwór. Były Związek radziecki uśmiechnął się tryumfalnie. Nareszcie Polska jest mój, tylko mój – pomyślał, delikatnie głaszcząc go po złotych kosmykach.
Jazda trwała tak długo, ze zdążyła zmorzyć snem sporą ilość personifikacji. Kiedy więc maszyna ponownie stanęła, animatorów czekało nie lada zadanie obudzenia ich. Nie wszyscy chcieli wstać. Wiele z krajów narzekało na sposób, w jaki instruktorzy ich potraktowali. Wreszcie po kilku minutach szarpania się, bo Romano na złość wszystkim nie miał zamiaru opuszczać autokaru udało się ich ustawić. Napis na budynku był tak obsrany przez tamtejsze gołębie, że poza słowem muzeum nie dało się nic więcej odcyfrować. Pan G. podzielił ich szybko na pięć grup i przydzielił do opiekunów. Polak trafił do drużyny wraz z Holandią, Prusami, Francję i narzekającym na niewyspanie Anglią. Ich jakże cudowną opiekunką oczywiście nie mogła być tak wspaniała i opanowana osoba jak pani W.
- Prędzej tam, ciemniaki! – zaskrzeczała karlica, przeciskając się między kasami. – Pierwsze piętro to akwarium i sala prehistoryczna – przeczytała  ulotkę.
- Suuuper – warknął znudzonym tonem Gilbert.
- Nie marudzić! Marsz do dinozaurów.
W istocie w pierwszej sali stał spory szkielet allozaura oraz pokaźna figura tyranozaura. Nieco dalej w głębi były ruchome deinonychy wydające co chwila przeraźliwe piski. Personifikacjom niezbyt spodobała się pierwsza sala i od razu przeszły do drugiej. Tam z kolei stało co najmniej ze trzydzieści  wmurowanych w ściany akwariów, gdzie pływały leniwie otyłe ryby. Zwierzęta totalnie nie zwracały na zwiedzających uwagi, apatycznie pływając z kąta w kat. Z ciekawych mieszkańców tej części muzeum były tu jedynie dwie małe, zmieniające kolory ośmiorniczki oraz ogromna i gruba jak ramię stara murena. Gilbert z nudów przykleił się do szyby jej wiezienia i zaczął ją przedrzeźniać otwierając i zamykając usta. Gospodyni najpierw to zlewała, aż w końcu odwróciwszy się do niego swoją zadnią częścią wypuściła parę bąbelków i zniknęła w norze pod zatopionym, plastikowym statkiem.
- Idiota – burknął Holender, poprawiając szalik.
Oglądanie akwariów nie trwało długo i już po chwili cała gromadka zażyczyła sobie, aby przejść do kolejnej sali. Blondynka jeszcze chwilę narzekała na ich maniery, aż w końcu zabrała ich do sąsiedniej sali technicznej. O, tu było znacznie ciekawiej, mimo że część urządzeń wcale nie działała. Największym zainteresowaniem cieszyło się wielkie, czerwone ramię dźwigu. Jako pierwszy zechciał je oczywiście wypróbować nasz drogi Rzeczpospolita. Blondyn nie zwracając uwagi na wymalowany, oczojebny żółty napis „Achtung” wbiegł na platformę, zamknął drzwi i począł się bawić dźwigniami. Ramię powoli ruszyło w górę, a potem nagle odwróciło się w lewo i zanurkowało w dół. Łukasiewicz był tak zdziwiony prędkością z jaką maszyna wykonywała jego polecenia, że aż się przewrócił co wywołało u albinosa salwę koszmarnego śmiechu.
- No i jak tam widoki, polaczku!?
- Wyśmienicie – prychnął Feliks, po czym splunął mu prosto w oko.
- Ty mała mendo...
- Jak mnie nazwałeś? – żelazne palce pani S. z dużą siłą ucapiły Prusiaka za ucho.
- P-pani się przesłyszała!
- Sugerujesz, że jestem głucha!?
- To nieporozumienie!
Uważasz, że jestem niesprawiedliwa!!?
To nie tak!
Myślisz, że kłamię!!?
- Masz przekichane – uśmiał się, dalej bawiący się dźwigiem Polak.
Stalowooka wzięła Gilberta na bok, po czym zaczęła ochrzaniać nie zwracając najmniejszej uwagi na stojącego niedaleko nich ochroniarza. Mężczyzna nawet w pewnym momencie próbował jakoś białowłosego bronić, lecz widząc straszliwe spojrzenie karlicy szybko się wycofał. Tym czasem były PRL usiłował jakoś wcelować w wejście, aby móc opuścić platformę. Wreszcie, po dobrej chwili walczenia z wajchami, udało mu się. Otworzył drzwi i nieco chwiejnym krokiem wyszedł. Wówczas jego miejsce zajął Arthur, do którego czym prędzej dołączył Francis. Francuz natychmiast zamknął drzwi i podniósł wajchą platformę, uniemożliwiając wielkiej brwi ucieczkę.
- Teraz jesteś mój – powiedział z szaleństwem w oczach.
- Pomoooocy!!! - wydarł się na cały regulator biedny Angol, do którego nie zatrzymany przez nikogo Bunyfoy zaczął się pomału dobierać.
Dopiero ten rozpaczliwy wrzask na tyle odwrócił uwagę animatorki, aby Gilbert zdołał jej umknąć.
- Co Wy pacany robicie!? Francis, zostaw go, albo zaraz tam do was wlezę!!! - i jak by na potwierdzenie swoich słów zaczęła się szarpać z drzwiami odgradzającymi barierką ramię dźwigu.
Wówczas ponownie pojawił się pan ochroniarz. Wyłączył maszynę i sprowadził nadal szamoczące się personifikacje na dół. Pogroził w swoim mało zrozumiałym języku i poszedł sobie.
- Czy wy idioci naprawdę nie możecie być tak grzeczni jak Rosja!? - znów wkurzyła się karlica, wskazując na bawiącego się maszyną do robienia prądu Iwana.
Rosjanin za szybko i za mocno jednak obracał korbą, przez co ta na oczach animatorki się urwała. Czwórka niegrzecznych personifikacji wybuchnęła śmiechem, a blondyna omal nie zrobiła się czerwona  ze złości.
- Wynocha! Jak nie umiecie się bawić, to idziemy do sali ssaków morskich. Tam przynajmniej nic nie rozwalicie!!! - zakomenderowała, ledwie hamując swoją złość i frustrację.
Braginski cichutko odłożył korbę i radosny jak szczypiorek na wiosnę ruszył za resztą. Po drodze minęli toalety.
- Czy ktoś potrzebuje siusiu? - spytała instruktorka, zatrzymując swoją grupę.
Wszyscy popatrzyli po sobie, ale jakoś nieszczególnie im się chciało zwiedzać tamtejsze kible. Nagle wzrok byłego ZSRR padł na polskie witalne tereny, a przez jego umysł przeszła parada rzeczy, jakie mógłby z Feliksem w kabince zrobić. Szybko się jednak opamiętał i ruszył za pozostałymi, ku sali z waleniami. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzeli zaraz po wejściu do sali, był szkielet monstrualnych rozmiarów wieloryba oraz ogromna makieta orki z manekinem foki w pysku.
- Obrzydlistwo - westchnął Anglia.
- Ale by było z niej tranu... - rozmarzył się Holandia – a z jej tłuszczu jakie dobre by były smarowidła i kremy dla pań.
- Nie marudzić, oglądać i podziwiać – furknęła karlica, mijając olbrzymie jak dwie sofy serce walenia.
Nagle do sali weszła, a właściwie wbiegła grupa małżeństwa T. Personifikacje szybko się rozbiegły po całym pomieszczeniu. Romano od ręki zaczął narzekać na to, że musi chodzić po tych głupich salach, oglądać głupie delfiny i walenie oraz słuchać głupiego pana i pani T. Nikt chyba jednak poza  Hiszpanią nie zwracał uwagi na jego zły humor. Jedynie pani S. margnęła, żeby był nieco ciszej. Zaraz za wkurzonym Włochem szedł powoli Japonia sumiennie obfotografowując każdy eksponat na wszystkie możliwe sposoby. Nieco bardziej z przodu w pobliżu rozentuzjazmowanego Ameryki oraz jego brata Kanady szedł Chiny cały czas wzdychając.
- Co tak sapiesz towarzyszu? - spytał Iwan kiedy obie grupy się połączyły.
- A tak wspominam, jak jeszcze nie było obostrzeń i można było spokojnie łowić wieloryby i jeść ich mięso... to dopiero były czasy - znowu westchnął.
- E, zobaczcie jaką mam pałę! - zawołał radośnie Gilbert, przyciskając biodra do gabloty ze spreparowanym członkiem kaszalota.
- LOL, Francis zobacz! - zawołał Hiszpan.
- o mon die... chyba nie zmieści Ci się w spodniach – zachichotał Francuz.
Na twarzy blondyny znów pojawiło się kilka wściekle pulsujących żyłek.
- Spokojnie kochana, to chłopcy, oni muszą się czasem powygłupiać – powiedziała ognistowłosa, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- A jak coś zniszczą!?
- No proszę Cię, jak mogą zniszczyć coś takiego...
Nie dokończyła. Po sali rozszedł się dźwięk tłuczonego szkła, trzy okrzyki przerażenia oraz galop trzech par nóg, a całość przerywana monotonnym pstrykaniem aparatu. Po chwili przy resztkach gabloty stał już tylko Kiku ściskając w swych japońskich łapkach aparat i dalej fotografując leżący na posadzce narząd rozrodczy walenia. Pan T. zakrył ręką twarz, jego małżonka złapała się za głowę, a wkurzona S. przybrała kolor dojrzałego pomidora.
- Spokojnie, mam zdjęcia – Honda szybko pokazał animatorom aparat i w paru ruchach ujawnił, co się stało.
Całe zajście zajmowało w jego aparacie okołu trzystu czterdziestu fotek, łącznie z uchwyceniem rozbryzgującego się na wszystkie strony szkła. Instruktorzy byli przerażeni, a zarazem zdziwieni, z jaką prędkością były one pstrykane.
- Niezła robota, a tak w ogóle, jakiej firmy jest ten aparat...
- T.!!! - wrzasnęły naraz pozostałe animatorki.
- Dooobra, już idę – przewrócił oczami i razem z nimi zabrał się za jako takie zbieranie ostrych kawałków.
Tym czasem cała czereda dwunastu krajów ruszyła do sali zwierząt europejskich. Właściwie nie było tam nic szczególnie ciekawego, poza wypchanymi kozicami, jeleniami oraz olbrzymim, stojącym na dwóch łapach niedźwiedziem brunatnym.
- E tam, u mnie żyją większe - zaśmiał się Alfred, stając do futrzaka tyłem.
Nagle niedźwiedź zakołysał się i ryknął, a przerażony Jonas wskoczył w ramiona stojącego nieopodal Anglika.
- Idiot... - westchnął blondyn, upuszczając byłego wychowanka na ziemię i przechodząc dalej.
A dalej, w niewielkim załomie stała sobie spokojnie mała sarenka oraz wywalone drzewo z powbijanymi rączkami od szuflad, przy którym kręcił się Lovino z Antoniem.
- Romano, zobacz – Hiszpan pociągnął za jeden z uchwytów i wyciągnął niewielkie puzderko z larwami kornika.
- Fuj - skrzywił się Włoch, cofając się o krok i nieświadomie zbliżając do sarny.
Zwierzątko wydało dźwięk przypominający wycie zarzynanej zebry, po czym jego głowa rozszczepiła się pionowo na pół, ukazując siedzące wewnątrz nosa i gardła gąsienice, a potem otworzyły się również i jej żebra, pokazując kręcące się w płucach i mięśniach nicienie. Biedny Vargas omal zawału nie dostał na ten makabryczny widok. Następną salą udostępnioną zwiedzającym była sala dźwięków, gdzie natknęli się na grupę pana G.
- A gdzie wasi opiekunowie? - zapytał zdziwiony animator.
- Sprzątają szkło – odparł Kanadyjczyk.
- Czy ktoś może mi, do cholery, powiedzieć, gdzie jest małżeństwo T. i pani S.!?
- Ech, jak zwykle nikt mnie nie słyszy...
- A kto ty jesteś? - spytał trzymany przez Mattewa miś.
- Jestem twoim panem, Kanadą – westchnął.
- No nic, nieważne – brunet szybko przeliczył plączące się po sali kraje i odetchnął z ulgą.
Na szczęście nikt się nie zgubił. Kraje z zainteresowaniem oglądały sprężynę udającą falę dźwiękowa, połączoną z olbrzymim uchem. Nieco dalej była specjalna wnęka akustyczna, gdzie grano różnego rodzaju muzykę klasyczną, od Bacha poprzez Chopina do Mozarta.
- Szkoda, że ten wielki penis nam zleciał – westchnał Gilbert do swoich dwóch kolegów.
- Phi, ja mam większego – prychnął, idący obok Elizabeth, Rodrich.
Cała czwórka spojrzała zdziwiona na Austriaka.
- No co? W Salzburgu mam ze trzy razy większego – wzruszył ramionami, znikając we wnęce muzycznej.
Po chwli Bad touch trio i Węgry wybuchnęli straszliwym śmiechem. Belgia tymczasem dorwała się do maszyny działającej nieco jak karaoke. W skrócie chodziło o to, aby zaśpiewać w takiej samej tonacji jak maszynka, a ona mierzyła jak bliski jest dźwięk wydany przez gracza temu, który sama wydała.
- Dosiu, zobacz jaka śmieszna budka! - zawołał młodszy Vargas, wskazując na olbrzymią, szklaną skrzynię.
Niemcy poszedł do niego i na głos przeczytał instrukcję obsługi.
- W skrócie to urządzenie mierzy głośność fali dźwiękowej. Wejdź do środka, zamknij dzrzwi i wrzaśnij najgłośniej, jak umiesz.
- Dobrze – brunet pocałował Ludwiga w policzek i wlazł do machiny – PAAAASTAAAAAA!!! - wydarł się, najgłośniej jak umiał, Feliciano.
- Nieźle, sto dziesięć decybeli – odczytał blondyn.
- Teraz ja – Ameryka wypchnął Włocha z kabiny i ryknął na całe gardło – I'M HEROOOOOOOOOOO!!!
- Sto czterdzieści pięć.
- Ha, jestem najlepszy – ucieszył się Alfred.
Nagle w drzwiach sali pojawiła się wkurzona jak gniazdo szerszeni pani S.. Gilbert i reszta jego brygady czym prędzej odsunęli się w głąb sali, a potem schowali w molestowanej chwilę temu kabinie. Niestety mieli pecha. Karlica nie była ślepa, a ściany budki były przezroczyste. Biedni
kumple zostali uwięzieni z ostro wściekłą blondyną. Gdy Luwig ponownie spojrzał na licznik, ten pokazał sto siedemdziesiąt trzy decybele. O, jak on współczuł swojemu idiotycznemu bratu.
- S., wystarczy – powiedział G., otwierając drzwi maszyny.
- W ogóle nie wiem, jak mogliście się tak skandalicznie zachować... Bla bla bla!!!
- S., dosyć!
- A Ty się nie wtrącaj, bo...
- Bo co!?
- Przepraszam panie G. ^^; ale tym idiotom naprawdę się należało. Rozwalili gablotę w sali ssaków  morskich i...
- A więc to dlatego tak długo was nie było – uspokoił się brunet – No dobra, to teraz zabierzmy ich do restauracji, pewno biedacy są głodni – powiedział czarnobrody, delikatnym ruchem wyprowadzając trzy niesforne kraje z kabiny.
Niedługo potem dotarli wreszcie do muzealnej stołówki, gdzie już czekali na nich grupa Pani W. i Pana K.
- Hej braciszku, jak tam zwiedzanie? - zagadnął brązowooki.
- Ujdzie, coś już żeście zamówili?
- Tak, pizze.
- No trudno – bunet szybko ogarnął wzrokiem wszystkich siedzących.
Kraje i animatorzy spokojnie dojedli, po czym zostali zapędzeni do sąsiadującego z restauracją sklepiku. Na półkach poza pluszowymi tygrysami szablozębnymi, fokami, delfinami i wielorybami stały także szklane kule z wodą, figurki dinozaurów, psów, lwów, koni i innych zwierząt. Nieco z tyłu stało kilka pudeł z klockami Lego oraz różnymi edukacyjnymi filmami. Przy ladzie natomiast piętrzyły się oprawione w grube, tekturowe oprawy książeczki edukacyjne oraz wiszące na haczykach breloczki z nazwą muzeum i trylobitem. Niedaleko nich stały trzy koszyki. Jeden z kamiennymi wisiorkami, drugi z krzyżykami i trzeci z dziwnymi, zmieniającymi kolory pierścioneczkami. O ile męska część personifikacji wolała oglądac klocki lub śmiać się z pluszaków, o tyle dziewczynom o wiele bardziej przypadła do gustu kamienna biżuteria. Co ciekawe, między wybierającą krzyżyk Węgry, a zastanawiającą się nad kupnem wisiorka z niebieskim pieskiem Belgią stał Feliks. Polak poszukiwał wśród owych osobliwych pierścionków jakiegoś w swoim rozmiarze. W końcu po circa pięciu minutach znalazł go. Był idealny, nie za duży nie za mały, nie za wąski, po prostu perfect. Lukasiewicz czym prędzej założył go na palec i sprawdził kolor. Zielony, czyli – sprawdził na niewielkiej kartecze przypiętej do niego plastikowym sznurkiem – radosny/neutralny.
- Co kupujesz? - spytała go nagle Ollena.
- Chyba ten śmieszny pierścionek, a Ty?
- Zastanawiam się między bransoletką a krzyżykiem – powiedziała, pokazując mu oba wybrane przez siebie przedmioty.
- Ja bym wiął ten niebieski krzyżyk. Jest znacznie ciekawszy od takiej pospolitej bransoletki.
- Dzięki Feli – powiedziała, odchodząc do kasy.
- Spoko – chłopak po raz ostatni spojrzał na pierścionek i również udał się w tamtym kierunku.
- Five dolars pleas – powiedział znudzonym głosem sprzedawca.
- But I have only three...
- If you haven't got money, you coudn't buy that – wzruszył ramionami sprzedawca i sięgnął po Felkowy łup.
- He has – powiedział nagle pojawiając się ni stąd ni zowąd Iwan, po czym zapłacił również i za swoje zakupy.
- Dzięki Wania – uśmiechnął się Polska, spoglądając na swój nowy nabytek, który nagle przybrał kolor bordowy. Bordowy - zauroczony.
Wreszcie personifikacje zostały wyprowadzone na zewnątrz. Wszystkie oprócz niedotykalskiej trójki, która musiała pokryć szkody, jakie spowodowała. Oczywiście Gilbertowi zabakło i trzeba było wzywać Ludwiga, aby wspomógł brata. W drodze do autokaru Blondynowi nawet nie chciało się go obsobaczyć, a jedynie porządnie go trzepnął w głowę i obraził się.
- To już wszyscy? - spytał T.
- Zdaje mi się, że tak – odparła W. - czy ktoś jeszcze potrzebuje do toalety!?
- Tak, ja – zawołał Gilbert i jeszcze na moment zniknął w gmachu muzeum.
Wrócił po jakichś piętnastu minutach. Wówczas animatorzy spokojnie ich przeliczyli i kazali już wsiadać. Podczas wchodzenia po schodach do autokaru Iwan zadziornie szczypnął Łukasiewicza w pośladek, co spowodowało ciche piśnięcie i zalanie się policzków blondyna czerwienią. Niebawem maszyna ruszyła. Po autokarze zaczął sie rozchodzić cichy szum rozmów.
- Kupiłem Ci coś - powiedział Braginski, grzebiąc w kieszeni swojego przepastnego płaszcza.
- N-nie musiałeś.
- Ale chciałem – powedział wyjmując małego, szarego, pluszowego tygryska – To dla ciebie.
- Jaki słodki – uśmiechnął się zielonooki.
- Zgubiłem!!! - zawołał na całe gardło ze smutkiem w głosie Amerykanin.
Nagle wszyscy jak jeden mąż zaczęli sprawdzać, czy pod ich siedzeniami nie ma tego, co Alfred zgubił.
- Ech, no trudno, wydłubię sobie drugą... - wzruszył ramionami Jonas sięgając palcem do nosa.
Po autokaże rozszedł się głośny dźwięk plaśnięcia. To siedzacy razem z nim Arthur nie wytrzymał jego głupoty.
- Przepraszam, daleko do najbliższej stacji benzynowej? - zapytał ktoś z tyłu.
- No, trochę! - zawołał kierowca – A co!?
- Bo, bo ja naprawdę muszę!
- Wtrzymasz piętnaście minut!?
- Z trudem...
Dania zwinął się na siedzeniu obok Norwega.
- A mówiłem Ci, abyś nie brał dodatkowej porcji sera – margał jego towarzysz.
I tak mniej więcej minęła reszta trasy, co chwila przerywana na przystanki dla strutego serem Nordyka.
Nareszcie wyśpię się we własnym łóżku – pomyślał Feliks, kładąc głowę na kolanach Rosjanina i ponownie zasypiając.




                                          ***




- Nie, absolutnie nigdzie nie jadę. ...  Trudno, to najwyżej pogorszą nam się stosunki, mam to gdzieś!!! - wkurzony na cały świat Feliks rzucił słuchawką izamknął się w swoim pokoju.
Był rozżalony i smutny, bo po raz kolejny miał robić coś, aby jego idiotyczny premier zachował twarz. Nagle jego zły wzok padł na stół, gdzie leżał pojedynczy list z zagranicznymi znaczkami. Polska z zainteresowaniem otworzył list, rozłożył kartkę i przeczytał.
Польша, czy Ty też jedziesz na ten zimowy wyjazd...?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.