cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.

 

Oba telefony leżały wyciszone pod łóżkiem, a na dworze szalała ulewa. Rosja leżał u wezgłowia posłania, skopany niczym ogródek przez wiercącego się Polaka. Rozmyślał, czy jego wczorajsze zachowanie nie odbije się na nim później mdłą czkawką. Rozważał przez chwilę również ubranie się i opuszczenie pokoju, aby nie drażnić przewracającego się z boku na bok Łukasiewicza. W końcu wstał, przeciągnął się i zajrzał do szafy. Prędko się przebrał, a następnie chyłkiem opuścił pokój. Cichcem zszedł po schodach na parter, a następnie ruszył ku byle jak zaryglowanym drzwiom wejściowym. Delikatnie je otworzył, po czym wyszedł na zadaszony ganek, usiadł na kamiennych stopniach i wpatrzył się w ścianę deszczu.
Polska otworzył swe przenikliwie zielone oczy. Ku wielkiemu zdziwieniu odkrył, iż Rosji nie ma ani w łóżku, ani tym bardziej w pokoju. Zmartwiło go to nieco. Nie wiedział czemu, ale brakowało mu Iwana. Był ciepły jak kaloryfer – pomyślał, kuląc się z zimna pod kołdrą. Ziewnął i wstał z łóżka. Ubrał się w pierwszą lepszą podkoszulkę oraz dżinsy, otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na zewnątrz.
Przyjemny, mokry zapach ulewy sprawił, iż fioletowooki lekko się uśmiechnął. Nagle usłyszał za sobą ciche skrzypnięcie, a potem coś bardo włochatego położyło mu łeb na kolanach i zaczęło  uporczywie domagać się pieszczot. Rosja posłusznie spełnił żądania suczki, delikatnie gładząc ją po grzbiecie. Trwali tak jakiś czas do momentu, gdy wilczycy zachciało się bawić, co objawiła szarpiąc Iwana za spodnie.
- Что вы хотите от меня?
Wilczyca odpowiedziała jednak tylko cichym szczeknięciem, po czym wbiegła do ośrodka. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy suka wróciła wraz ze swoją właścicielką, radośnie merdając czarnym ogonkiem.
- Co Ty tu robisz? - zapytała W. siadając tuż obok niego z ciasteczkiem dla psów w dłoni.
- Siedzę – odparł Federacja, nie odrywając wzroku od uginającej się pod ciężarem deszczu wiśni.
Balsamiczny zapach rosnącego nieopodal drzwi bzu za pośrednictwem wiatru poszybował ku siedzącym.
- Ponoć ma lać cały dzień – mruknęła czarnowłosa, odgryzając kawałek wypieku.
- Co będziemy robić? - zapytał znudzonym tonem fioletowooki.
- Chyba trzeba będzie improwizować... - zastanowiła się animatorka głaszcząc suczkę po brzuchu.
- A Wy, co tutaj robicie? – ich spokojną rozmowę przerwał rozdrażniony głos pana G.
- Gapimy się na deszcz – wzruszyła ramionami kobieta.
- Oj, byś mnie już nie denerwowała – warknął mijając sukę - jadę po stroje, a Wy macie w tym czasie zająć się krajami – wydał krótki rozkaz patrząc seledynookiej w oczy – S. mnie zastąpi.
- Spokojnie, Ty jedź, a my tu sobie ze wszystkim poradzimy. Co nie, Udręka? – wilczyca jak na komendę pokiwała głową.
G. znów przewrócił oczami, po czym otworzywszy parasolkę wyszedł na deszcz i skierował się ku płycie parkingu.
- I krzyżyk na drogę! - zawołała W. wstając nagle na równe nogi.
Mężczyzna jednak jej nie usłyszał. Szybko wsiadł do samochodu i czym prędzej opuścił teren ośrodka.
- Dobra, fajnie się siedziało, a teraz czas na śniadanie – westchnęła animatorka, przeciągając się.
Rosja przewrócił oczami, po czym niechętnie wrócił do środka i skierował się wraz z czarnowłosą do stołówki, gdzie dopiero przygotowywano śniadanie.
Dziwny hałas obudził Beilschmidta. Chłopak przetarł oczy. Na sąsiednim łóżku jego holenderski współlokator oglądał zapakowane w niewielkie, plastikowe torebeczki różnego rodzaju ziółka i tabletki, które wyjmował ze sporej, skórzanej walizki, mamrocząc przy tym jakieś dziwne nazwy.
- Was is das? - zapytał albinos, ukradkiem zabierając maleńką różową buteleczkę.
- Nie twój zasmarkany interes – warknął blondyn, odbierając czerwonookiemu przedmiot z ręki.
- A to? -  Gilbert nie dawał za wygraną, co i rusz podwędzając którąś z torebeczek.
Govert powoli tracił cierpliwość, w końcu nie wytrzymał i za następnym objawem pruskiej kleptomanii wykręcił białowłosemu rękę, po czym schował walizeczkę wraz z jej tajemniczą zawartością pod swoje łóżko.
Rosja rozejrzał się po pustej kantynie, lecz nie znalazłszy tam współlokatora postanowił wrócić do pokoju. Chciał zabrać telefon i przy okazji sprawdzić, czy jego kochający konie kuzyn już raczył wstać, czy może dalej śpi, sprzedając kopniaki powietrzu. Chyłkiem minął recepcję i wszedł na stare, skrzypiące schody. Wtarabanił się na górę, a następnie wszedł do pustego pokoju. Rozejrzał się niemrawo, po czym postanowił sprawdzić, czy Polska nie siedzi na balkonie. W tym celu wystawił głowę na zewnątrz. Jego szalik spoczął na mokrych kafelkach. Zauważywszy blondyna Braginski zapragnął wyjść do niego. Jeden krok wystarczył, aby potknął się o próg, stanął na szaliku i wywalił się na bogu ducha winnego Rzeczpospolitą.
- Извините – szepnął, czerwieniąc się idiotycznie.
- Ni-nic się nie stało – powiedział Łukasiewicz, zabierając z twarzy szalik Ruskiego.
Patrzyli teraz na siebie pełnymi szczerego zdziwienia oczami. Polsce serce waliło jak młot, a po jego plecach gnały fale dreszczy podobne do tych, których doznał podczas kąpieli. Ile by teraz dał, aby Bragniski go przytu... Chwila moment, skąd u niego taki pomysł!? To nie jest normalne! Dlaczego jego oczy są aż tak cudownie fioletowe, i te usta... mózgu, coś ty mi zrobił?! - zawył w myślach.
- Извините – powtórzył szarowłosy, po czym szybko opuścił pokój, pozostawiając zdziwionego blondyna samemu sobie.
Feliks spojrzał na niewielki stalowy daszek, na którym ulewa grała swoją uspokajającą kołysankę. Jeszcze chwilę poleżał, trawiąc swoją nienaturalną wewnętrzną reakcję, po czym uznawszy ją za zwykły odruch po uderzeniu głową o kamienną posadzkę, również udał się na śniadanie.
Stołówka była pełna. Wolnego miejsca nie było nigdzie indziej prócz stołu krajów wschodniobałtyckich. Ukraina siedziała przy oknie, starając się nie patrzeć bratu w oczy. Felek odruchowo próbował rozpocząć jakąkolwiek rozmowę.
- E, Ollenka, co żeś w sklepie kupiła?
Cisza.
- Ukra.
Milczenie. Łukasiewicz wzniósł oczy ku niebu. Jak na złość Iwan również się nie odzywał do momentu pojawienia się przy ich stole Łotwy wraz z tacą jajecznicy oraz dzbankiem kawy. Kraje zajęły się jedzeniem. Nagle dało się słyszeć podniesiony głos pani S., przypominający w tamtej chwili zgrzytanie paznokci o tablicę.
- Uwaga – zaskrzeczała – ponieważ nasz drogi szaf, pan G. jest w tym momencie nieobecny, to Ja będę przez następne parę godzin Wam przewodzić, a że na dworze pada, zarządzam zabawy w ośrodku.
- Jakbyśmy wszyscy naraz zechcieli wyjść – mruknął ironicznie szarowłosy.
- Zaraz po śniadaniu widzimy się wszyscy w głównej sali za recepcją, gdzie podamy Wam resztę planu – zakończyła karlica, ponownie siadając na swoje miejsce.
- Ciekawe, co będziemy robić? - zastanowił się Raivis, rozdając szklanki i nalewając do nich nieco wrzącego napoju.
- A cholera wie... – westchnął RP, nakładając sobie sporą porcję jajecznicy.
Posiłek upłynął im we względnej ciszy, przerywanej jedynie głośniejszymi mlaśnięciami. Po jedzeniu kraje jak jeden mąż podążały ku sali z dzikiem i oglądając ryby, czekały na siedzących jeszcze w kantynie animatorów. Oczywiście pierwszym, kto zakończył swoje śniadanie była pani W. ze swoją sunią, która ułożywszy się pod jej nogami usnęła. Jakieś pięć minut później dołączyła do niej reszta kadry.
- To w co będziemy grać? - zapytał nieco zniecierpliwiony Arthur.
- Otóż moi drodzy – zaczęła blondyna, rozglądając się po zebranych – będziemy grać w chowanego – wyglądało to jakby stalowooka z przymusu wybrała akurat tę jakże dziecinną zabawę, ale cóż było robić, słowo się rzekło.
- Liczymy do trzydziestu. Po tym czasie zaczniemy was szukać – poinformował K.
Narody z widoczną niechęcią pokiwały głowami. Instruktorzy odwrócili się do ściany i zaczęli głośno liczyć. Wywołało to nagły popłoch. Każdy bowiem musiał jak najszybciej znaleźć sobie kryjówkę. Stojący nieopodal drzwi słowiańscy kuzyni migiem zniknęli. Feliks pognał ku stołówce, pamiętając o stojących w kuchni olbrzymich, lekko podrdzewiałych, metalowych garach. Niestety, Bałtowie wpadli na dokładnie ten sam pomysł, a do tego byli pierwsi. Zrezygnowany Polak czując na karku palący upływ czasu czym prędzej wskoczył do chłodziarki, gdzie zabarykadował się już Iwan. Głuche trzaśnięcie drzwi zamrażalnika odcięło jedyne dostępne źródło światła. Animatorzy chórem obwieścili koniec czasu na ukrywanie po czym rozdzieliwszy się rozpoczęli poszukiwania. Półmrok jaki panował przez zasłaniające słońce, ciemne chmury, dawał ukrywającym się lekką przewagę, jednak nie na długo. Ciche stukanie psich łap o kamienną posadzkę stołówki oznaczało, iż Udręka prawdopodobnie wraz ze swoją kochaną panią właśnie wkroczyły do akcji. Szuranie krzesłami oraz szczęk podkutych metalem, wojskowych butów z wolna doprowadzały ukrywających się do szaleństwa. Pani W. doskonale wiedziała jak stworzyć atmosferę grozy. Obeszła całą salę kilkukrotnie, niestety nie znajdując przy tym żadnego z ukrywających się narodów.
- Gdzie oni do diabła są? - powiedziała, uśmiechając się szyderczo i podchodząc do kuchennych drzwi, które zaskrzypiawszy ukazały jej cały kuchenny aneks, składający się z kilku pożółkłych od brudu i tłuszczu szafek, wiszących nad olbrzymią płytą indukcyjną, regału z tysiącem i jedną przyprawą, odrapanym, zapewne sosnowym stołem, pod którego blatem stały dwa olbrzymie, stare jak świat gary na zupę oraz całkiem spora, ustawiona ni w piętę ni w oko chłodziarka.
Pobieżnie patrząc, pomieszczenie wyglądało na absolutnie wymarłe, jednak przeczucie, a właściwie jej sunia, całkowicie temu zaprzeczały. Ciche kichnięcie tylko potwierdziło, iż w kuchni jednak ktoś jest.
- Feliks, czy ty chcesz, aby nas złapali? - spytał szeptem Iwan.
- Tu jest za zimno i zbiera mi się na kichanie – odparł równie cicho Polska.
- A kogóż my tu mamy? - kolejny stukot podbitych stalą butów oraz głos seledynookiej zjeżył ukrywającym się włosy na karkach.
Słowianie byli pewni, iż kobieta ma ich na myśli.
- Dobra, wyłazić, mam was obu – warknęła przechodząc obok lodówki.
- Wychodzimy? - Rosja zadał kolejne pytanie.
Serce waliło mu jak oszalałe, nie był jednak pewny, czy ze strachu, czy może raczej z podniecenia wynikającego z nazbyt bliskiej obecności Polaka.
- Pogrzało cię, czerwona zarazo? Oczywiście, że nie.
- Łotwa, Estonia wy nie udawajcie głuchych, tylko won mi z tych garów – zdenerwowała się instruktorka, podchodząc do miejsca ich kryjówki i łapiąc obydwu blondynów za kłaki.
A psik, a-a psik.
Dźwięk kichania rozniósł się po całej stołówce. Federacja czym prędzej zatkał zielonookiemu nos i na wszelki wypadek przytulił, starając się zminimalizować u współlokatora wywołujące kichanie uczucie zimna. Feliksowi było dobrze, i gdyby nie zatkany cudzymi palcami nos, było by mu cudownie.
- Czyżby ktoś tutaj jeszcze był? - zdziwiła się, odwracając wzrok od znalezionych Bałtów.
- A psik. Ej W., znalazłaś już kogoś? - dało się słyszeć głos brązowowłosego animatora, który właśnie w tym momencie wyjrzał zza kuchennych drzwi.
- To ty T., a już myślałam, iż jest tu ktoś jeszcze – ucieszyła się właścicielka wilczycy.
- Czy zamrażalka nie powinna stać prosto? – spytał, wskazując palcem białe pudło.
- Co? A no, jasne, że tak – pokiwała głową – chodź i pomóż mi ją przestawić – powiedziała, łapiąc za jedną krawędź urządzenia.
Mężczyzna złapał za drugą i nieco uniósł sprzęt AGD.
- No to na trzy! Raz, dwa, trzyyyy! - zawołał szmaragdowooki, ustawiając lodówkę do pionu.
Felek zjechał Iwanowi na twarz, a Rosja przygniótł kuzyna kolanami do tylnej ściany.
- No, teraz znacznie lepiej – powiedziała z zadowoleniem brunetka, wyprowadzając znalezione kraje z kuchni.
Pan T. jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym zamknąwszy drzwi opuścił kantynę. Dziwna, lepka ciecz naraz wypełniła nozdrza fioletowookiego.
- Feliks – szepnął.
- Czego?
- Wyjmij mi łaskawie chusteczki.
- Gdzie je masz?
- W tylnej kieszeni.
Polska zaczął poszukiwać kieszeni, o której Braginski wspominał. Lekko macał materiał, nie wiedząc, że wywołuje u kuzyna delikatne napady ciarek.
- Przestań się wiercić – warknął, czując jak Iwan ze wszystkich sił stara się mieć zad w bezpiecznej odległości od jego miękkich paluszków.
- Wybacz, ale to łaskocze.
Łukasiewicz zmarszczył brwi, nareszcie po dobrej minucie szperania odnalazł kieszeń wraz z jej celulozową zawartością. Powoli wyciągnął plastikowe opakowanie, po czym rzucił je współlokatorowi na twarz.
- Спасибо – szepnął Ruski, pozbywając się utrudniającej oddychanie posoki.
Było jej całkiem sporo. Ciekawe, po raz ostatni krwawiłem chyba podczas rewolucji – pomyślał, wpatrując się w mdły wzorek na spodniach blondyna. Nieznośna cisza oraz niewygodne pozycje znacznie utrudniały wyczekiwanie. Obaj chłopcy z wolna tracili rachubę czasu i nie wiedzieli już, ile upłynęło od rozpoczęcia zabawy i czy przypadkiem właśnie nie przegapili momentu jej zakończenia. Te i inne tego pokroju myśli mocno denerwowały przygniecionego do ściany Łukasiewicza. Nagle znów zaćwierkały nienaoliwione zawiasy i do stołówki weszły dwie osoby.
- Jak to nie mogliście ich znaleźć, przecież to dziecinnie łatwe! - darła się jedna z postaci.
- Jak jesteś taka mądra, to ich znajdź, skoro to takie w cholerę proste – warknął animator.
- Dobra, będę litościwa dla tej czwórki spryciarzy – Feliks rozpoznał głos stalowookiej.
- Czwórki? - wyraźnie zdziwił się pan K. - Myślałem, że nie możemy znaleźć tylko Japonii.
- Brakuje nam jeszcze Polski, Kanady i Rosji – westchnęła blondyna.
- Czyli co, w tył zwrot do głównej sali i zwołujemy? – upewnił się kasztanowooki.
- Tak – twardo powiedziała animatorka.
Drzwi ponownie skrzypnęły i oboje znikli.
- Słyszałeś Iwan, wygraliśmy! - zawołał radośnie Feliks.
- Cieszę się, ale chyba drzwiczki się zablokowały – zmartwił się szarowłosy, próbując je wypchnąć plecami.
- Co!? Nie!!! - przeraził się Polanin i jak na zawołanie zaczął się kręcić, co i rusz przejeżdżając współlokatorowi wyszytymi w orły kieszeniami po głowie.
Iwan zasłonił twarz przed powodującymi ból zapinanymi na suwak spodniami. Ciche cmoknięcie drzwi i obaj kuzyni wylecieli na kamienną podłogę.
- Koniec gry! Możecie już wracać! - dało się słyszeć donośny wrzask pani W.

$

Pani S. nie miała za wiele pomysłów na dalsze zabawy, toteż po zakończeniu smętnej zabawy w chowanego wspaniałomyślnie dała im wolne aż do obiadu. Natomiast sama wraz z resztą kadry poszła na zasłużony odpoczynek. Kiedy tylko animatorzy zniknęli z pola widzenia, spora część krajów zaczęła się nudzić. Powrót do pokoi nie miał sensu, no chyba, że komuś chciało się spać. Opuścić budynku również nie było można, gdyż Udręka warczała na każdego, kto tylko zbliżał się do drzwi. Znudzone pogodą towarzystwo usiadło w czymś w rodzaju owalu i zaczęło gadać. Nagle ktoś wpadł na genialny pomysł, aby zagrać w butelkę. Wszyscy się zgodzili, brakowało tylko rzeczonej butelki.
- E no, wiemy, że macie flaszki, weźcie przynieście choć jedną – furknął Anglia na siedzące niedaleko niego nordyckie rodzeństwo.
Szwecja z Norwegią wymienili niechętne spojrzenia, po czym jeden z nich niemrawo poderwał się na równe nogi i na chwilę wyszedł. Wrócił po niecałych pięciu minutach z pełną butelką około czterdziestoprocentowej wódki. Flaszka musiała zostać czym prędzej opróżniona, toteż puszczono ją w kółko, aby wszyscy mogli się dzięki niej nieco rozluźnić. Każdy kraj brał po łyku, po czym podawał następnemu. Kiedy nadeszła kolej Iwana siedzący niedaleko niego Ameryka poprosił:
- Weź zostaw choć trochę na drugą turę.
Rosja pociągnął z gwinta potężny łyk, a następnie podał butelkę Anglii, rozpoczynając tym samym drugie okrążenie, które swoją drogą sam zakończył. Wreszcie można było grać, tylko kto powinien zacząć?
- Może pójdźmy alfabetycznie – zaproponował Szwajcaria.
- Nie, wiekowo! – zawołał ktoś z naprzeciwka.
- Ale kto jest najstarszy!?
- Chyba Chiny... - mruknął Niemcy, zwracając się ku długowłosemu.
- No dawaj Chiny, kręcisz! - Ucieszył się młodszy Vargas, podając brązowookiemu butelkę.
Yao zakręcił niepewnie. Flaszka zrobiła trzy obroty wokół własnej osi, po czym szyjką wskazała na siedzącą niedaleko Belgii Węgry.
- Pytanie czy zadanie-aru?
- Pytanie.
- Czy naprawdę myślałaś, jak byłaś mała, że jesteś chłopcem-aru?
- Tak – Elizabeth wzruszyła ramionami, a następnie ponownie wprawiła szklane naczynie w ruch.
Tym razem padło na Danię.
- Pytanie czy zadanie?
- Opgave.
Héderváry poskrobała się po głowie szukając jakiegoś dobrego pomysłu.
- Podnieś Norwegię i obejdź z nim w rękach koło.
Wzrok chłopaka ze spinką mówił dobitnie: tylko spróbuj, a wydrapię ci oczy. Jednak mimo owej niemej groźby Duńczyk wykonał zadanie. W prawdzie oberwał od brata kilka razy w twarz, ale kto by się tym przejmował? Następnym wylosowanym krajem był Francja, który po wybraniu musiał pójść do recepcyjnej łazienki i wypić nieco mydła w płynie. Francuz absolutnie nie zgodził się na ową dyrektywę i w zamian musiał nordyckiemu koledze oddać jedną ze swoich ulubionych wstążek do włosów. Po tej stracie lekko zakręcił flaszką, która jak na złość trzykrotnie pokazała jego samego, a dopiero potem siedzącego nieopodal Arthura.
- Pytanie czy wyzwanie?
- Challenge – odparł dumnie Brytyjczyk.
- W takim razie idź do łazienki i napij się wody z sedesu – tryumfalny uśmiech rozpromienił oblicze żabojada.
- Oż, ty zgręzo! - wrzasnął Kirkland, podnosząc się z miejsca.
Za wybranym podążył poza wyzywającym jeszcze Szwajcaria, aby dopilnować, żeby nikt nie oszukiwał. Po chwili wszyscy trzej blondyni wrócili. Anglia chwycił za butelkę i szybkim ruchem ręki wprawił ją w ruch. Zatkany korkiem gwint stanął między Japonią, a Niemcami.
- Germany, question or challenge?
- Frage – Ludwig nie miał ochoty na żadne wygłupy.
Wielkobrewy myślał dłuższą chwilę, po czym spytał:
- Czy kochasz Feliciano?
- Tak - Niemiec zrobił się czerwony jak burak - ale żeby było jasne miłością braterską! – dodał szybko.
Bad touch trio wybuchło gromkim śmiechem. Ludwik starając się nie zwracać na nich uwagi energicznie zakręcił flaszą, a ta wskazała na turlającego się ze śmiechu Gilberta.
- Łups – starszy Beilschmidt momentalnie spoważniał.
- Frage oder Herausforderung?
Raz kozie śmierć – pomyślał, stawiając dumę na podłodze.
-  Herausforderung.
- Dwadzieścia pompek na jednej ręce – łatwizna-pomyślał Prusy – z Włochami na plecach.
- No i masz babo placek – westchnął rubinowooki , robiąc z siebie ławeczkę dla młodszego z szatynów.
Po pięciu powtórzeniach Gilbert miał szczerze dość, a po kolejnych dziesięciu zaczął błagać Niemcy o zabranie brązowookiego z jego umęczonych barków. Ludwik jednak zawzięcie milczał. Nagle Feliks poczuł jak coś lub ktoś szpera mu po kieszeniach. Prędko chwycił za materiał przygważdżając pierzastego złodzieja do podłogi. Wyciągnął Dumie z łapek swój niewielki nożyk, po czym ponownie troskliwie umieścił go sobie na kolanach, a następnie rzucił ptaszkiem w stronę robiącego ostatnią pompkę białowłosego. Zwierzątko siłą pędu wylądował w jego krótkich, spoconych kudłach. Albinos padł na ziemię. Zadanie zostało wykonane w stu procentach. Makaroniarz wrócił na swoje miejsce i przysunął flaszkę bliżej leżącego. Po raz kolejny wprawiona w ruch tego dnia butelka pokazała siedzącego niedaleko Estonii Feliksa.
- Pytanie czy wyzwanie? - zapytał szwab, wlepiając swe paciorkowato czerwone oczy w trzymaną przez Łukasiewicza finkę.
- Zadanie - powiedział odważnie Polska.
- Ale gramy na chamskie? - upewnił się Prusy.
- No tak, pospiesz się szkopie - warknął blondyn.
obrzydliwy, złośliwy uśmiech wykwitł na pozbawionej pigmentu twarzy.
- W takim razie masz przez dziesięć sekund całować Rosję - oczy prawie wyszły Słowianinowi z orbit - z języczkiem – dodał prędko.
Zielonooki miał szczerą ochotę zabić Gilberta.
- Jeżeli nie chcesz, to możesz dać fanta - zaproponował albinos, zachłannie spoglądając na dzierżone przez niego ostrze.
Polska odepchnął Prusaka, po czym podeszły do zdziwionego kuzyna złapał go za szalik i wbrew jego początkowemu oporowi, wepchnął swój język w jego usta. Anglia zaczął odliczanie.
- Ten seconds.
Łukasiewicz czół się dziwnie, dotykając podniebienia byłego zaborcy. Smak jamy ustnej Iwana był mocno alkoholowy, co akurat wcale blondynowi nie przeszkadzało. Początkowe próby obrony ze strony Federacji szybko ustępowały, na rzecz coraz większego podniecenia. Rosja objął dłońmi twarz Polaka.
- Five seconds.
Ich pocałunek wyglądał wręcz na pochłanianie się wszystkimi dostępnymi zmysłami. Obu personifikacjom nieco trzęsły się ręce, a serca waliły jak oszalałe.
- Two seconds.
Ileż Braginski by dał, aby ta cudowna chwila potrwała jeszcze moment dłużej. W końcu czas próby minął i RP mógł wrócić na swoje miejsce. Felek wytarł usta rękawem, po czym nie bacząc na fioletowookiego zakręcił butelką. Ponownie padło na Francję. Nagle skrzypnęły drzwi i w pokoju pojawiła się najpierw kozia bródka, a potem jej właściciel. Kiedy tylko pan G. dostrzegł butelkę zrobił się chorobliwie czerwony, co w połączeniu z jego capią urodą zaowocowało wyglądem do złudzenia przypominającym Azazela z amerykańskiego filmu „X-men”.
- Wynieść mi się stąd! - wrzasnął otwierając drzwi na oścież.
Ponad dwadzieścia par przerażonych oczu momentalnie podniosło zadki z ziemi i ruszyło ku wyjściu, mijając szerokim łukiem wkurzonego animatora.
- Na stołówkę! - zawołał za idącymi.
Narody skręciły w stronę kantyny. Pan G. nakazał zsunąć stoły w jeden róg sali, a sam tymczasem postanowił dobrać się do skóry reszcie kadry z panią S. na czele. Kraje miały okazję po raz pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni oglądać go w tym stanie umysłu. Wszyscy instruktorzy robili z boku sali brzuszki, podczas gdy on zajął się personifikacjami. Znaczy wysłał Austrię ze Szwajcarią do kuchni, a dla reszty zarządził grę w zbijaka. Nie był to może najbłyskotliwszy pomysł, ale chwilowo wystarczył. Nagle z kuchni wyszedł Vash i oznajmił:
- Jedzenia jest tylko na dzisiejszy dzień.
- Co!? Jakim cudem?
Wszyscy popatrzyli na, gaworzącego nie wiadomo do kogo, Amerykę. Pan G. westchnął ciężko.
- Jak tylko zrobicie obiad, pojadę po zaopatrzenie – mruknął, zezując w stronę odbywających karę podwładnych.
Szwajcar skinął lekko głową, po czym wrócił do kuchni. Jakąś godzinę zbijania później, na blaty wjechały wypełnione krupnikiem wazy oraz półmiski z chlebem. Czarnowłosy animator zarządził rozpoczęcie obiadu. Jednak kadrze nie było dane go w spokoju spożyć, gdyż musieli pomóc pryncypałowi przy rozładunku samochodu. Dołączyli więc do narodów dopiero przy drugim daniu, składającym się z mizerii oraz frytek i kotletów schabowych. Oczywiście Turcja mięsa z nieczystych zwierząt nie jadł, tak więc w zastępstwie dostał dodatkową porcję ogórków. Podczas posiłku G. podzielił się ze swoim nowym zastępcą, to jest panem K., wytycznymi dotyczącymi wieczornej dyskoteki. Miał on za zadanie dopilnowanie, aby kraje poćwiczyły w ramach zajęć parę tańców, w tym koniecznie walca i poloneza. Natomiast punktualnie o godzinie siedemnastej nakazał grupie kolacyjnej zajęcie się robieniem jedzenia na imprezę, to znaczy mieli przygotować jakieś ciasteczka i napoje. Blondyn przyjął wszelkie instrukcje z wielką powagą. Kiedy posiłek się zakończył, „Azazel” chyłkiem opuścił teren ośrodka, przysięgając swój powrót około północy. Gdy tylko jego nieskazitelnie niebieski Opel zniknął z pola widzenia, cała leniwa piątka odetchnęła.
- No dobra, pojechał w diabły – ucieszył się K.
- Stroje rozniesione, ale jak mamy ich nakłonić do włożenia ich na dyskotekę. Czy on upadł na główkę? - zirytował się T., nabijając na widelec kolejny kawałek mięsa.
- Można by rozwiązanie siłowe wprowadzić – westchnęła brunetka, drapiąc się za uchem.
- Co masz przez to na myśli? - zaciekawił się blondyn.
- Zafundujmy im w razie oporu to samo co nasz jakże kochany szef, albo to czym żeśmy ich na początku straszyli, w odwodzie zostawmy sobie karę głodówki lub bardziej humanitarnie możemy się poskarżyć ich prezydentom.
- To w sumie jest jakiś pomysł – powiedział, z wyczuwalnym zainteresowaniem w głosie, brązowooki.
- Masz zamiar ich głodzić!? - wytrzeszczyła oczy S.
- Nie, ale w razie ich niechęci można wykorzystać przynajmniej skargi. A poza tym, jeżeli tego nie wykonamy tak jak nam G. kazał, to słyszeliście co nam zrobi...
Cała piątka głośno przełknęła ślinę.
- A może nie będzie tak źle i nie trzeba będzie im grozić – szukała pozytywów ognistowłosa.
- Oby – mruknęła W., zezując w stronę parkingu.
Szybko spałaszowali obiad i zajęli się wypełnianiem zadanego przez szefa planu zajęć. Najpierw nakazali ustawić się krajom pokojami, przy czym wyższe kraje miały stać od ściany. Pani S. nie wiadomo skąd wytrzasnęła parę głośników oraz magnetofon. Cicho zagrała muzyka. W pierwszej parze stanęło małżeństwo T., aby blondynowi z pozostałą damską częścią kadry było łatwiej kierować tańczącymi. Rosja czuł się delikatnie mówiąc dziwnie, ponownie będąc tak blisko. Nieco spocone ręce Polski były bardzo problematyczne do trzymania, gdyż non stop mu się wyślizgiwały. Na początku wszystko było w absolutnym porządku do chwili, kiedy przyszło robienie tunelu. Znaczy jedne kraje idąc podnosiły ręce, a drugie pod nimi przechodziły. I nie było by w tym nic złego, gdyby nie obowiązek obejmowania swojej „partnerki” ramieniem, mający za zadanie zmniejszenie odległości i szybsze poruszanie się. Naraz nasz bidny blondwłosy Słowianin został na siłę przyciśnięty do lekko spoconej podkoszulki fioletowookiego i przeprowadzony pod lasem rąk. Bite dwie godziny ćwiczeń tak bardzo dały się we znaki zarówno krajom jak i ich opiekunom, że animatorzy dali im w końcu święty anielski spokój, zastrzegając jednak, aby personifikacje odpowiedzialne za kolację zjawiły się w kuchni punktualnie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.