cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

 

Następnego dnia Feliks obudził się na kacu gigancie. Łeb bolał go, jakby dostał kilka razy kijem bejsbolowym, a przed oczami śmigały z zawrotną prędkością wielkie, czerwono-szare plamy atramentu. Cały świat przyspieszył i powodował u niego straszliwe zawroty głowy. Jedyną sensowną myślą był KLIN. Delikatnie sięgnął ręką pod łóżko. Przesunął dłonią po zimnych deskach podłogi, raz, drugi, trzeci, aż w końcu natknął się na nienaruszoną butelkę wódki. Prędko wydobył ją na powierzchnię, po czym odkręciwszy nakrętkę, upił kilka łyków. Pokój przestał wirować, a kleksy zniknęły jak za dotknięciem kirklandowej różdżki.
~Dobra - pomyślał – teraz mogę się zająć resztą odczuć.
Pierwszą rzeczą jaką zauważył zaraz po groteskowej kuracji alkoholem było to, iż absolutnie nie może wstać. Zaraz potem straszliwe uczucie zimna na całym ciele spowodowało wystąpienie gęsiej skórki. Ostatnie dwie rzeczy były chyba najgorsze, ogromny ból w okolicach odbytu oraz ocierające się o jego pośladki rosyjskie przyrodzenie.
~Dobra, dobra po kolei, coś ty Felusiu wczoraj robił? - spytał pobudzony wódą umysł.
~Byłem na imprezie. Wypiłem. Wania pokłócił się z Alfem. Pobili się. Poszedłem go pocieszyć, a potem... - chłopak złapał się za twarz.
~No, no, wyduś to z siebie – ponaglił rozum.
~Uprawiałem... z nim... seks?
~Mnie się pytasz!? - zakpiła głowa.
- Muszę stąd iść – szepnął myśląc, iż leżący za nim mężczyzna nadal śpi.
- Gdzie iść? - spytał czyiś głos, niczym wystrzał z armaty – Nie podobało ci się? - padło kolejne pytanie, jak grom z jasnego nieba.
Zaskoczony Felek posunął się do przodu i spadł z łóżka, prosto na zakrwawioną koszulę oraz rozerwany w kilku miejscach gorset. Sięgnął za siebie i chwyciwszy pierwszą, lepszą rzecz wycelował ją w stronę łóżka.
Rosja widząc, iż jego współlokator zleciał, wychylił się, po czym przyjął zwyczajny prosty starosłowiański uśmiech.
- Będziesz się przede mną bronił, parasolem? - spytał lekko rozbawionym, lecz nadal pełnym napięcia tonem.
- Będę się bronił czym popadnie.
- Я люблю тебя.
- Nienawidzę cię – postanowił iść w zaparte.
Iwan wyraźnie posmutniał. Spuścił pełne ufności oczy ku pogniecionej pościeli, po czym szepnął:
- Извините.
Blondyn zrozumiał swój błąd. Odłożył parasol, odrzucił pychę na bok i wspiął się na łóżko. Braginski siedział do niego tyłem, goły jak święty Turecki i wypłakiwał oczy w sparciałą poduszkę.
- Prze... przepraszam, to moja wina, nie powinienem był wybuchać. Wybacz... - coś jak by szloch wyrwało się z nabrzmiewającego czerwienią nosa.
Polska spuścił oczy. Nie oczekiwał niczego. Po tym co powiedział, jego słowa wydawały się być jeszcze mniej wiarygodne, niż budka z piwem między piaskami pustyni. Nagle poczuł czyjąś ciężką dłoń na głowie, a zaraz po tym słone od łez usta, pragnące jedynie bliskości z drugą osobą.
A więc to tak skurczybyku. Zrobiłeś to tylko po to, aby znowu móc mnie pocałować. Bardzo sprytne, bardzo sprytne, ty czerwona zarazo - pomyślał przymykając oczy i oddając się płynącej z owego zbliżenia przyjemności.
Głośny wrzask alarmu przerwał jednak chwilę bliskości. Była siódma rano i należało się już zacząć zbierać na śniadanie. Obaj Słowianie szybko się ubrali. Polska szarpnął za drzwi. Były zamknięte na głucho. Próbował otworzyć kluczem. Figa, zamek był zablokowany.
- Czekaj, ja spróbuję – Iwan delikatnie odsunął kuzyna.
Dwa potężne kopnięcia miały rozwalić drzwi, jednak te okazały się nadzwyczaj mocne.
- Zostaw, to nie ma sensu – Feliks machnął ręką – ale może...
- Что?
- Można by... - przerażająco szeroki uśmiech, rozlał się po twarzy Łukasiewicza – Rosja, jak długi masz szaliczek?
- Cosik ze trzy metry... czekaj, chyba nie myślisz....
- Właśnie, że myślę. Dawaj!
- Ale się zniszczy – Braginski złapał za materiał i na wszelki wypadek cofnął się krok.
- Oj, nie bądź dzieciakiem – Polska wyciągnął ręce ku rosyjskiemu amuletowi.
Chwilę później blondyn stał na balkonie przed prowizoryczną liną.
- No, gotowe. Rosja Ty idziesz pierwszy.
- Czemu ja?
- Bo jak zlecisz, to zrobisz ze mnie mokrą plamę.
Były ZSRR westchnął, sprawdził węzeł, po czym powoli spróbował zleźć na dół. Udało się. Szarowłosy był na tyle wysoki, że ostatnich trzech i pół metra dzielące go od ziemi praktycznie nie poczuł, w przeciwieństwie do swojego kochanego kuzyna, który będąc od niego znacznie niższym zawisł.
- Польша, Польша puść się!
- Absolutnie nie!
- Feliks, zaufaj mi.
- Zapomnij!
- W takim razie będziesz tu musiał sobie powisieć – z tymi słowy Rosjanin odwrócił się na pięcie i wolnym krokiem, począł zmierzać ku drzwiom wejściowym.
- Iwan! Chyba totalnie mnie tu nie zostawisz!? - zawył żałośnie za współlokatorem – Iwan! Iwan wracaj! No dobra, niech ci będzie!
Dawny zaborca stanął.
- Czyżbyś zmienił zdanie?
- Dobra, dobra, robię to tylko dlatego, że nie wiem jak inaczej zejść, a teraz chodź tu!
- Oj, weź się w końcu puść, a nie mędzisz – powiedział, stając tuż pod wiszącym.
- Uwaga! Uwaga, na trzy! Raz, dwa... leceeeee!!! - zawiązany przez Polanina supeł, nie wytrzymał jego nazbyt długiego dyndania i zwyczajnie, po ludzku się rozwiązał.
Polska mentalnie przygotował się na nieprzyjemne spotkanie z wybrukowanym szarą kostką dziedzińcem, lecz zamiast tego wpadł w szerokie i dosyć miękkie ramiona Federacji.
- No i co? Było aż tak fatalnie? - spytał Ruski, uśmiechając się w ten swój okrutnie dziecinny sposób.
Łukasiewicz z obrażoną miną odwrócił głowę, na którą zleciał uniesiony lekkim podmuchem wiatru niebieskoszary szal. Fioletowooki wybuchł śmiechem.
- Nie śmiej się!
- Nie mogę przestać... wyglądasz komicznie... - wydusił między kolejnymi napadami głupawki.
- Hm! - założył ręce na piersi.
- O weź się już tak nie obrażaj – powiedział, stawiając kuzyna na ziemi i zabierając oplatający go szalik, po czym obwiązał go sobie wokół szyi.
Chwilowo bezpieczni udali się do drzwi wejściowych, które na ich kaprawe szczęście okazały się być otwarte. W budynku panował okropny zaduch. Chłopcy szybko minęli recepcję i wdarli się do zdemolowanej stołówki.
- Boże, tornado tędy przeszło, czy jak? - zdziwił się Feliks, mijając szerokim łukiem nieprzytomnego pana G.
Mężczyzna nagle drgnął, otworzył oczy i zapytał:
- Kto to do jasnej anielki zrobił!?
- Nie wiemy – odparł Feliks - wyszliśmy w połowie.
Przez umysł Iwana przewinęło się kilka obrzydliwie zboczonych myśli.
- A ten rozlany poncz? – zawył brunet.
- To akurat myśmy zrobili – Rosja nie miał za grosz instynktu samozachowawczego, którego resztki utracił wraz z wypiciem zatrutego przez Prusy wina.
G. wytrzeszczył oczy.
- Oż wy mali... - Nie dokończył, gdyż poślizgnął się na jednej z licznych plam rzygowin, jakie tu i ówdzie zdobiły stołówkową posadzkę.
Słowianie woleli dyskretnie zabarykadować się w kuchni i zająć przygotowywaniem posiłku. Po kilku minutach całym ośrodkiem wstrząsnął potężny dźwięk trąbki, a zaraz potem wszystkie klamki w drzwiach wydawszy cichy zgrzyt odmówiły posłuszeństwa. Biedny G. musiał wszystkim po kolei otwierać. Kiedy skończył, zagnał całą rozbisurmanioną czeredę do holu, a następnie nakazał gruntowne sprzątanie, cały czas marudząc, jakich to ma niewydarzonych podwładnych, że trzydziestu kraików upilnować nie umieją. Tymczasem Rosja z Polską musieli wymyślić, co można zrobić i podać w ramach śniadania. Jednak chwilowo nic poza jajkami na miękko lub naleśnikami nie przychodziło im głowy. Tak więc wybrawszy bardziej sycące danie zajęli się przygotowywaniem ciasta. Feliks powoli zaczął miksować kefir z cukrem i jajkami.
- Iwan!
- Что!?
- Mąkę daj, i mleko by się przydało!
- Ta jest! Łap!
Najpierw w stronę Polaka pomknęła plastikowa butelka mleka, a zaraz za nią paczka z białym proszkiem. Flaszkę Felek bez problemu złapał, natomiast z mąką było gorzej. Rosja prawie trafił go w twarz. Na szczęście blondyn miał dobry refleks i oba artykuły spożywcze zostały przez niego złapane.
- Jeszcze nieco cytryny – mruczał pod nosem, włączając mikser na pełne obroty – I będzie ciasto jak ta lala – uśmiechnął się. - Wania, przygotuj rondle!
Purpurowooki kiwnął głową. Podszedł do szafki z garami, odnalazł patelnie, po czym ustawił je na gazach, natłuścił oliwą i czekał na dalsze wytyczne, w międzyczasie siadając na stołku do obierania ziemniaków. Długo rozglądał się po kuchni szukając czegoś, aż w końcu przypadkiem zawiesił wzrok na kręcącym się Rzeczpospolitej, a dokładniej na jego jędrnych pośladkach. Westchnął cicho.
- Gdzie się tak patrzysz? - nagłe pytanie wyrwało go z zamyślenia.
- Nigdzie – odburknął, stając za Polską, a następnie wtulił nos w jego piękne, złote włosy.
- Ej, zabieraj tę mordę. To że się z tobą przespałem wcale nie oznacza, że jesteśmy parą.
Iwan przewrócił oczami.
- To już nie można popatrzeć, jak kuzynek naleśniki smaży? - spytał udając, że nie wie o co zielonookiemu chodzi.
- Nie, nie można – Feliks lekko uderzył go ramieniem w szczękę, dając tym samym do zrozumienia, iż absolutnie sobie takich gestów nie życzy.
Były ZSRR odszedł i wrócił na swoje miejsce. Tymczasem Polanin zaczął zrzucać pierwsze placki na przygotowany zawczasu talerz.
- Te, sowiet od siedmiu boleści, weź i je posmaruj – zakomenderował, wskazując na stojące w sąsiedniej szafce dżemy.
Rosja posłusznie zabrał się za smarowanie. Robił to niemrawo i raczej opornie, co chwila zerkając na swojego wczorajszego towarzysza łóżkowych swawoli. Co ciekawe, Feliks również na niego zerkał, jednak starał się udawać, że wcale tak nie jest i tylko przygląda się roznoszącej marmoladę łyżeczce. W kuchni panowała nieznośna cisza przerywana jedynie szumem deszczu oraz skwierczeniem tłuszczu. Wsłuchując się w monotonny szum umysł Łukasiewicza powoli trzeźwiał z narkotykowego otumanienia.
- Pol...
- Rosjo – przerwał mu blondyn.
-  Да?
- Uważam, że powinniśmy zapomnieć o tym, co się wczoraj wydarzyło i udawać, że nic się nie stało – tu spojrzał znacząco na współlokatora – tak będzie dla wszystkich lepiej.
Iwan nie wyglądał na zadowolonego takim obrotem spraw, jednakże doskonale wiedział, że gdyby się na to nie zgodził, nigdy nie pozbyłby się niewygodnych pytań.
-  Да... tak będzie zdecydowanie lepiej – po czym starając się już więcej nie myśleć nad tym, co się właśnie wydarzyło, zdwoił starania i począł szybciej smarować zrzucone z patelni naleśniki.
- A Ty, co chciałeś powiedzieć?
- E, nic – nie było to prawdą, ale skoro właśnie przed chwilą jego nadzieje legły w gruzach, to po co się jeszcze ośmieszać.
- To dobrze. Teraz rozłóż po trzy na każdy talerz i zawołaj, że śniadanie gotowe.
- Już, już – fioltowooki szybko zaczął przekładać pełne dżemu rulony na wyjęte z szuflady naczynia, po czym wstawił wodę na herbatę w czajniku elektrycznym i wyciągnął saszetki.
Podczas, gdy Iwan przygotowywał posiłki, Feliks kończył smażenie, toteż gdy tylko pozbył się całego ciasta, natychmiast zaczął wynosić naleśniki do pełnej głodnych gęb stołówki. Zanosił każdemu ze stołów po kolei, a zaczął od animatorów. Po chwili do roznoszenia przyłączył się również i jego zacny kuzynek.
- No i jak, udało Ci się w końcu tę sukienkę uprać, mon cher?– spytał Francis, nalewając sobie herbaty.
- Niestety, parszywi Słowiane! - albinos walnął ręką w stół – ale dodałem im jednego ze specyfików Holandii do wina.
Zielonooki nadstawił uszu, podobnie jak jego współlokator.
- No i?
- Nic, to dziadostwo w ogóle na nich nie podziałało, a miało wywołać biegunkę.
- Jak się ten specyfik nazywał? - zaciekawił się blondyn, upijając łyk gorącego naparu.
- Eeee aferodyzjek, czy jakoś tak.
- Afrodyzjaku im podałeś!? - Bonnefoy wytrzeszczył oczy.
- Ja, ale przecież mówię, że nie zadziałał. A tak w ogóle to co to jest?
- Specyfik miłosny, zwiększający pożądanie.
W Polaku aż się zagotowało. A więc to dlatego zachciało mi się po nocy z Iwanem harcować – pomyślał, odstawiając kolejny talerz z naleśnikami.
- Kurcze, szkoda, że na nich nie zadziałał, tylko pomyśl, jaka jazda by była, gdyby ich tak kto nakrył.
- Pomarzyć każdy może, ale chyba nie zawsze na głos. Pomyśl, co by się stało, gdyby się o tym dowiedzieli – odłożył kubek na stół – byłbyś już dawno białym trupem.
Oj tak, ale nie martw się Francjo, to się da nadrobić... – głowa RP właśnie zaczęła szukać jakiegoś diabelskiego pomysłu na odwet. -  Przecież dzisiaj jest zielona noc, a takiej okazji nie wolo przegapić – okrutnie szatański uśmiech zatańczył na łukasiewiczowej twarzy. Tak, miał już wytyczony plan, teraz należało go tylko wcielić w życie.
- Już ja Ci szwabska gnido pokażę – szepnął, zabierając z kuchni kolejne talerze.
- Uwaga, uwaga! - wszelkie rozmowy przerwał donośny głos pana G. - Za dwadzieścia minut widzimy się w holu i jedziemy do skansenu.
- Ale przecież nadal pada! - obruszył się któryś naród.
- Wyjrzyj przez okno, fujaro! - zirytował się inny.
- Cisza! Kiedy ja mówię, to Waszym psim obowiązkiem jest milczeć!
Sunia pani W. spojrzała się na niego, próbując zrozumieć o co mu z tym „psim” chodziło.
- Ta jest, panie G.! - zawołała chórem kantyna.
- No, to kończyć śniadanie i widzimy się na korytarzu.

$

Około godziny później, Polska ponownie siedział na swoim starym miejscu w autokarze i ściskając obolałe od trzystu brzuszków mięśnie, oglądał pozostawione przez nawałnicę szarobure kałuże. Krajobraz jak po potopie – pomyślał z uśmiechem – tylko dlaczego on musiał aż tak mocno nas wszystkich karać? Co my, do cholery, uczniowie, a on dyrektor, czy jak...
- Ałała – skrzywił się masując obolały brzuch – moje biedne bebechy – zwinął się z bólu.
Cały autokar cierpiał na dokładnie te same dolegliwości, co nasz drogi RP, no może poza kierowcą i tym, który im tę karę zlecił.
- Daleko jeszcze? - spytał, przechodzącą obok jego fotela, animatorkę.
- Jeszcze niecałe pół godziny – odparła blondyna, wracając na początek pojazdu.
- Boszzzz... ale tu nudno – westchnął zielonooki, ponownie wyglądając przez okno.
Nagle asfalt się skończył, ustępując miejsca czemuś w rodzaju starych, potrzaskanych płyt chodnikowych, na których koła, radośnie turkocząc, podrzucały całą maszyną oraz jej delikatnym ładunkiem.
- Przepraszam, czy ktoś ma torebkę!? - niesłychanie dziwne pytanie rozbrzmiało w okolicach tylnych siedzeń – Na serio ma ktoś!? Bo Romano się zbiera na pawia!
- Cicho bądź, buraku... - szatyn zatkał usta, czując pragnące się wydostać na światło dzienne naleśniki.
Szóstka najbliżej nich siedzących krajów, w tym Rosja i Szwajcaria, momentalnie opuściło swoje miejsca, tarasując przejście brunetce idącej do chorego.
- Ej no, usiądźcie – powiedziała, pokazując pojedyncze wolne miejsca.
Traf chciał, że Iwan usiadł akurat obok obserwującego całe zajście z bezpiecznej odległości Feliksa.
- Dobra, masz tu torbę, wodę i leki przeciw chorobie lokomocyjnej. Carriedo, monitoruj jego stan.
- Tak jest, proszę pani.
W tej chwili starszy Vargas nie wytrzymał i zwrócił całe słowiańskie śniadanie prosto na fotele obok, czyli na miejsce, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej siedział Braginski.
- Fuuuu – skrzywił się Polak, który pomimo tego, że Rosjanin siedział od korytarza i nieco swoją osobą utrudniał obserwacje, nadal z zapartym tchem oglądał zamieszanie.
- Feliksie, byłbyś tak miły i przestał mi wbijać łokcie w nogę – poprosił, czując jak powoli jego kończynę zaczynają okupować mrówki.
Łukasiewicz praktycznie na nim leżał, przyglądając się biednemu, pozieleniałemu na twarzy Włochowi.
- Co? A, tak przepraszam.
- E, nie gapcie mi się tu, tylko zatrzymajcie ten piekielny furgon! - zawołała animatorka.
Autokar stanął. Lovino został wyprowadzony na trawkę, aby sobie nieco pooddychał świeżym powietrzem, natomiast reszta miała grzecznie poczekać na swoich miejscach. Dobre dziesięć minut później wóz znowu ruszył po nawierzchni przypominającej bruk rozebrany podczas powstania warszawskiego.
Znowu ta niezręczna sytuacja. Dlaczego los ciągle stawia mi go na drodze? Co ja biedny takiego zrobiłem, że się znowu z tą ruską mendą muszę użerać?
Łukasiewicz westchnął i wpatrzył się w obrzydliwe, obite zieloną dermą oparcie fotela przed nim.
- Feliksie, brudny jesteś.
- Gdzie!? - chłopak odwrócił głowę w stronę towarzyszącego mu szarowłosego.
- Tu – Iwan poślinił palec i zmył z jego twarzy perliście czerwony dżem.
Dotyk jego przyjemnie ciepłych palców był taki miękki... ale przecież to Rosja! On nie może być ani miękki, ani tym bardziej przyjemny czy ciepły! Co to, to nie! - zielonooki na wszelki wypadek starł ręką resztkę śliny kuzyna.
Niebawem jednak dotarli do celu podróży, którym była niewielka, urządzona na późny wiek siedemnasty wioska. Na parkingu przywitała ich grupka starszych pań poubieranych w różniste stroje ludowe. Pośród staruszek trafiła się jednakże jedna młódka. Dziewczyna miała nie więcej niż metr siedemdziesiąt i śliczne czarne oczy. Ubrana była w czarną miniówkę w koguciki, białą lnianą podkoszulkę oraz wełniany sweter, gdyż na dworze nadal było dosyć chłodno.
- Baczność! Pokojami stań! Do pięciu odlicz! - zakomenderował G., starając się przed opisaną wcześniej dziewoją nieco się popisać.
Personifikacje właściwie bez protestów wykonały jego rozkazy. Powstałe dzięki temu grupki były przydzielane do pań oprowadzających i miały pomagać w ich codziennych czynnościach.
Czytelnik pozwoli, że nie będę się rozwodziła nad innymi drużynami i zajmę się tą, do której nasza droga słowiańska parka trafiła, a trafiła na całkiem ciekawe towarzystwo, w którego skład wchodziły same kraje angielskojęzyczne plus Francja.
- Cholera – powiedzieli niemalże jednocześnie, kiedy podeszła do nich jeszcze blondwłosa animatorka.
- No to mamy przekichane – westchnął Polak, wpatrując się w bezchmurne niebo.
- Ta...
Rosja z jednej strony się cieszył, iż trafił do drużyny razem z Polską, a z drugiej był zły, bo musiał uważać na Amerykę, który z pewnością zechce mu się odpłacić pięknym za nadobne.
- No nic... i tak spróbuję przekonać do siebie Feliksa. Łatwo nie będzie, ale może przy odrobinie szczęścia zgodzi się na jeszcze jedno podejście – pomyślał, poprawiając swój kochany szal – no to do roboty.
- Halo, czy mogę was, moi mili, poprosić o chwilę uwagi? – odezwała się jakaś babuleńka, która ni z tego ni z owego nagle pojawiła się tuż koło nich – Słuchajcie, na terenie naszej osady proszę, abyście stosowali się do zasad BHP i nie robili głupot – powiedziała, obnażając w uśmiechu trzy srebrne zęby, na co cała grupa zgodnie się skrzywiła.
- Babciu, może nie warto ich tymi zasadami zadręczać – łagodny uśmiech młodzianki szybko zmył nieprzyjemne wrażenie.
- A więc to Ty, mon cher, będziesz nas oprowadzała? - zapytał Francuz, całując białogłowę w rękę.
- Nie – odrzekła dziewczyna, zabierając dłoń – Ja i moja babcia.
- Zapowiada się długi dzień... – Arthur wzniósł oczy ku niebu.
Nie było jednak czasu na narzekanie, gdyż starsza pani od razu poprowadziła całą grupę do stojącej nieopodal wejścia drewutni. Nie była ona zbyt wielka. Była kryta starymi, jaskrawo-czerwonymi dachówkami, gdzieniegdzie porośniętymi ciemnozielonym mchem, a cała konstrukcja zbudowana prawdopodobnie z drewna dębowego, lub równie dobrego choć tańszego, bukowego. W środku leżała spora sterta brzozowych pni.
- Tu macie siekiery – powiedziała staruszka, pokazując leżące wewnątrz drewutni narzędzia.
- No dalej! Ten stos jest Wasz! - zawołała dzierlatka.
Kraje niechętnie popatrzyły najpierw na jedną oprowadzającą, potem na drugą, a na koniec gdy spojrzeli na panią S. od razu rzucili się do siekier, gdyż karlicy źle z oczu patrzyło. Feliks złapał za jeden z pieńków i spróbował go rozdrobnić. Było trudno, męczył się z nim dobrą chwilę, ale w końcu się udało. Wani szło o wiele lepiej, podobnie zresztą było z Alfredem, który za wszelką cenę starał się przegonić wschodniego rywala, co niestety nie było zbyt łatwe. Natomiast Francis ciągle usiłował popisać się przed ciemnooką, która cały ten czas całkowicie go ignorowała, zabierając pocięte przez resztę krajów szczapki. Babunia, lekko się kiwając na oba boki, podeszła do niższego Słowianina, po czym rzekła:
- A Ty co tutaj robisz? Jesteś za słaba na rąbanie, weź się lepiej za zbieranie polan – kobieta miała problemy ze wzrokiem, przez co nieodwracalnie uznała Felka za dziewczynę i pogoniła od siekiery.
Polanin wzruszył ramionami i z wdzięcznością porzucił swoje narzędzie pracy.
- Ten to zawsze ma szczęście – uśmiał się Rosja, zabierając spod nóg kolejny kawał drewna.
Odskakujące co i rusz szczapki były chwytane i odkładane na niewielkie stosiki. Po niedługim czasie wszystkie przeznaczone dla tej drużyny pnie zostały pocięte i można było wraz z oprowadzającymi ruszyć dalej. Starsza kobieta poprowadziła całą czeredę ku stojącemu na wzgórzu olbrzymiemu wiatrakowi. Ponownie budowla drewniana, miejscami posiadająca metalowe elementy. Tu spotkali opuszczającą stanowisko do mielenia mąki grupę pani W., która usilnie wraz z Belgią starała się odciągnąć Holandię od skrzydeł wiatraka. Udręka odłączyła się od swojej pani i z radością w oczach podbiegła do Łukasiewicza, obalając go na ziemię, a następnie porządnie go wylizała. Tymczasem kobiecina pokazała grupie, jak mielić mąkę na żarnach.
- I pamiętajcie, najłatwiej osobom nie wprawionym robi się to we dwójkę – powiedziała, dobrotliwie się do wszystkich uśmiechając.
- Słyszeli!? - nieprzyjemne zgrzytanie karlicy szybko zepsuło miłą atmosferę – No, to dobrać się pokojami i do roboty, nie mamy przecie całego dnia! - warknęła.
- A dlaczego nie może tego zrobić wiatrak? - zdziwił się Anglik.
- Bo on stoi tu tylko dla ozdoby, cały wewnętrzny mechanizm został wymontowany i oddany do muzeum – odparła dziewczynka, wyciągając z wnętrza budowli spory, wypełniony po brzegi ziarnem, płócienny worek oraz około litrowy, stalowy kubek.
Każdej z drużyn nasypała ze trzy miarki, po czym dała sygnał, aby rozpoczęli pracę, a sama, zabrawszy babcię oraz blondynę na ławkę, usiadła razem z nimi i oglądała męczące się narody, podśmiewając się z nich co jakiś czas. Między pracującymi latała w tę i nazad zła, że się nią nikt nie interesuje, wilczyca, co chwila łapiąc któregoś z chłopaków za spodnie, a następnie w porę odbiegając na bezpieczną odległość. W końcu pani S. była na tyle uprzejma, aby zabrać sukę do siebie. Wprawdzie złotooka bardzo się wyrywała, ale zobaczywszy zdeterminowaną minę animatorki odpuściła sobie dalsze protesty. Po dwudziestu minutach ciężkiej pracy w upale część krajów postanowiła się rozebrać.
- Tylko proszę nie stawać pod...! - zawołała ciemnooka do próbującego zrobić zdjęcie dolinie Amerykanina – wiatrakiem – dodała, kiedy jedno z jego skrzydeł uniosło chłopaka za kurtkę do góry.
- Help! Help! - darł się blondyn, powoli oddalając się od bezpiecznej, pokrytej ciemnozieloną trawą ziemi.
Obaj Słowianie oraz Francuz i Kanadyjczyk ukryli twarze w dłoniach pękając ze śmiechu.
- Oh my god! America, you are stupid child! Come down! - wrzeszczał wielkobrewy
- But, but I can't! - odkrzyknął niebieskooki.
Babka westchnęła głośno, szepnęła coś wnuczce do ucho, a następnie rozwaliwszy się na ławce poczęła oglądać z założonymi rękami trwający naprzeciwko niej cyrk.
- Czy nic mu nie będzie? - spytała na wszelki wypadek blondyna.
- Nie powinno – rzekła starowinka, drapiąc się za uchem.
Kilka minut później Ameryka został bezpiecznie odstawiony przez drewniane skrzydło na ziemię, gdzie przywitała go najpierw porcja wrzasków Arthura, a zaraz potem szklanka gorącego mleka.
- No, to chyba wszystkim przyda się maleńka przerwa, nieprawdaż Babciu? - zaszczebiotała dziewczyna.
- Chyba masz racje.
Obie rezydentki wsi zabrały personifikacje oraz ich opiekunkę do małego domku, gdzie siedząc na drewnianym stołku stary baca grał na trawie i sprzedawał lody.
- O, witojcie babciu – powiedział, odkładając swój roślinny instrument.
- A witaj Baco, przyprowadziłam Ci kilku klientów – uśmiechnęła się, wskazując wleczącą się za nią grupkę.
- Dziękować babciu – mrugnął do niej porozumiewawczo i zajął się pierwszym z brzegu blondynem.
Szybko wydał kilka prostych, maczanych w malinowym syropie, kawałków lodu o kształcie rączki od roweru, po czym wpatrzywszy się wyczekująco w szukającego portfela Polaka zapytał:
- Długo jeszcze?
- Cholera, nie, nie trzeba, pieniędzy nie wziąłem – odparł chłopak, odchodząc w bok.
Sklepikarz pokręcił tylko głową.
- Rozgarnięta ta dzisiejsza młodzież jak kupa liści w lutym – westchnął, wracając do przerwanej czynności.
Było okropnie duszno, nic więc dziwnego, iż Feliks z zazdrością spoglądał na lody kolegów. Szczególnie zerkał na jednego, powoli przejeżdżającego językiem po zimnej, a zarazem słodkiej powierzchni sopla. W górę i w dół, kółeczko na górze, wzięcie całego do ust i odsysanie słodkiego czerwonego syropu. Jeszcze raz, ale teraz przysysając się do boku. RP przypominały się nocne figle, potrząsnął głową i nieco się cofnął, wpadając na stojącą obok niego starowinkę.
- No co tak stoisz, podejdź do niego i poproś, może ci da – babcia uśmiechnęła się przyjaźnie.
Zielonooki przełknął ślinę, po czym podeszłszy do kolegi, poprosił go o odrobinę cudnie chłodnego frykasa. Federacja najpierw spojrzał na loda, a potem na kuzyna. Okropna, wręcz szatańska myśl przebiegła przez jego zboczony umysł, powodując wystąpienie mocno sadystycznego uśmiechu. Szarowłosy złapał kuzyna za twarz, po czym delikatnie wprowadził proszony przez Łukasiewicza delikates do jego zdziwionych ust. Miły chłód rozszedł się po całej jamie ustnej chłopaka. Iwan absolutnie nie miał zamiaru go skrzywdzić, toteż powtórzył czynność jeszcze dwa razy, a następnie pozwolił współlokatorowi ów lodowaty smakołyk zatrzymać. Polak patrzył się na niego mocno zdezorientowany, ale w końcu odpuścił, gdyż babcia miała co do nich jeszcze kilka planów. Kiedy odchodzili, do budki podeszła grupa pana G., drąc się wniebogłosy i błagając o przerwę, na którą ich kochany animator musiał się niestety zgodzić. Lecz nie było czasu, aby oglądać histeryzującego Feliciano, gdyż ciemnooka poprowadziła ich w kierunku dziwnie wyglądającej zagrody. Powbijane na sztorc, zaostrzone drewniane pale miały imitować ogrodzenie, za którym we względnej apatii kręciło się spore stado owiec. Zwierząt było na oko piętnaście, przy czym część z nich przypominała ogromne wełniane kule, a inne znów wyglądały, jakby wpadły pod kosiarkę.
- No, moi mili – powiedziała srebrnozęba – Za moment przyniosę wam nożyczki i będziecie te oto śliczne stworzonka golić.
- Ale my nie mamy doświadczenia – zaoponował Jones.
- No to trudno - babka wzruszyła ramionami – jakoś będziecie sobie musieli poradzić.
- Spokojnie braciszku, damy radę – poklepał go po ramieniu Kanada.
- Jasne – warknął jego starszy brat.
Dziewczyna przyniosła narzędzia, po czym rozdała je grupom i na stojącym w pobliżu modelu pokazała, jak należy się nimi posługiwać.
- Teraz wasza kolej! - zawołała, wpychając zdziwionych chłopców do wnętrza zagrody.
Owce najpierw zrobiły oczy w słup, a potem momentalnie zaczęły uciekać, gdyż razem z nimi do środka wdarła się również i Udręka. Podczas całego harmidru, rozpaczliwego beczenia oraz wrzasków animatorki, Słowianom udało się schwytać jedną z owiec i przygwoździć do pylistej powierzchni podłoża.
- Powoli – powiedział Polska, delikatnie odcinając pierwszy szarobiały kołtun.
-  Польша...
- Tak – wycedził, mocując się z nadmiarem wełny.
- Bo widzisz, ja nie chcę...
Zwierzę nagle zaczęło się wyrywać, drąc się przy tym wniebogłosy.
- Pragnę Ci powiedzieć, że...
Jedno z kopyt nieszczęśliwie trafiło Ruska w twarz.
- Ałć, Wania wszystko dobrze!? - zawołał zatroskany Felek, odrywając się od pracy.
- Boli, ale to nic.
- To dobrze – Łukasiewicz wrócił do strzyżenia.
Chyba mu lepiej tego teraz nie mówić – pomyślał fioletowooki, mocniej zaciskając dłonie na nadal wierzgającej owcy. W czasie gdy kraje wschodnie były już w po połowie, pracy Ameryka chcąc im dorównać spróbował złapać jedną, spokojnie chłeptającą wodę z koryta. Kilka sekund później okularnik musiał zwiewać przed rozjuszonym baranem, który po wywaleniu blondyna za płot spokojnie wrócił do przerwanej czynności. Matthew tymczasem spokojnie zdołał zaprzyjaźnić się z dwoma małymi jagniątkami oraz ich matką, więc kiedy jego starszy braciszek wrócił, mógł mu nieco pomóc przy matce. Dobrą godzinę trwało, zanim wyznaczona im ilość owieczek została porządnie ogolona, a ich futro zostało złożone na olbrzymiej kupie miękkiej sierści.
- Sporo żeście się napracowali, zasłużyliście więc na obiad – powiedziała babuleńka, oglądając strąki wełny.
Nagle stos się poruszył, a z jego wnętrza wyszło olbrzymie szarobiałe monstrum.
- Feliks, odsuń się, ja to załatwię – szepnął Braginski, zasłaniając kuzyna własną piersią.
W tym momencie maszkara kichnęła i z jej wnętrza wychynął ładny, uśmiechnięty od ucha do ucha psi pysk.
- Jaki śliczny wilk w owczej skórze! - zawołał zielonooki, mijając współlokatora i tuląc sunię.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.