cz.7 - Raz na wozie, raz pod wozem.

 Iwan usłyszawszy o przerwie przeciągnął się, a następnie postanowił zwiedzić stadninę. Najbardziej ze wszystkiego interesowała go ukryta za stodołą niewielka zagroda, w której wnętrzu siedziało kilka młodziutkich, najwyraźniej osieroconych, sarenek. Nagły harmider dobiegający z wnętrza szopy mocno go zaciekawił, toteż pozostawił zwierzęta samym sobie i wolnym, acz stanowczym krokiem skierował się w stronę, skąd dochodziły odgłosy. Kiedy tylko przestąpił próg, nagle pod nogami smyrgnęło mu stado przerażonych kur, za którymi uganiał się biedny Łotwa.

- Coś wam pomóc, towarzyszu? – Rosja doskonale wiedział, że chłopak okrutnie się go boi, szczególnie kiedy mówił do niego w ten sposób.
W istocie, Raivis momentalnie się wyprostował, zupełnie jak by kij od szczotki połknął, i mocno niepewny kolejnych działań byłego ZSRR'u pokiwał głową. Fioletowooki spojrzał w stronę podwórza.
- Mam je złapać i zamknąć, żeby ich nikt przypadkiem nie przejechał – rzekł łamiącym się głosem blondyn.
- No to do dzieła towarzyszu – Wania uwielbiał patrzeć jak biedny Łotysz w jego obecności dostaje napadu dreszczy.
Rosjanin nie spodziewał się jednak tak wielkiego oporu ze strony kilku otyłych niosek oraz ich przywódcy pięknego, pstro upierzonego koguta z przekrzywionym na jedną stronę grzebieniem. Ilekroć któryś z nich próbował zagonić którąkolwiek z kur w stronę kolegi kogut momentalnie wchodził im w paradę wyganiając koleżankę z ich zmyślnej pułapki. Kilka razy również każdy z nich próbował się na zuchwały drób rzucać, niestety bez efektu. Nagle koło nich przeszedł Romano, zajadając zwędzoną w kuchni kukurydzę. Zwierzęta momentalnie go otoczyły. Biedny szatyn usiłował zwiać, a ptaki jak na złość za nim. Nagle Włochowi drogę zastąpił Braginski. Zabrał mu kukurydzę, po czym odprowadził nachalne ptactwo do wskazanej przez Galantego klatki. Niestety Vargas nie miał szczęścia skradzionych ziaren odzyskać, gdyż Federacja po prostu pozostawił je kurczakom na pożarcie. Podczas gdy Iwan zabawiał się z ptactwem, pozostałe dwie nacje chyłkiem się ulotniły, pozostawiając szarowłosego samemu sobie. Wielbiciel słoneczników westchnął i przez kolejne parę chwil wpatrywał się w chodzące po wybiegu ptaki. Był sam, nikt nie chciał się do niego zbliżać, nie mówiąc już o rozmowie. W końcu znudziło mu się owo zajęcie i ruszył na dalsze zwiedzanie.
- Roshia! Dał byś radę przynieść tak ze trzy kury? - usłyszał za sobą cichutki głos Japończyka.
- Na co wam one?
- Oczywiście na obiad. Pani W. pozwoliła – odparł skośnooki, chwytając przez siatkę pierwszą z brzegu pierzastą kulę.
Fioletowooki wzruszył ramionami. Skoro animatorzy pozwolili, to nic mi do tego – pomyślał łapiąc kolejne dwa ptaki.
- Dał byś radę im łebki uciąć? - spytał brunet pokazując schowaną dotąd za plecami siekierę.
W głębi ducha Hondzie była bardzo na rękę obecność Rosji, przynajmniej mógł on za niego wykonać brudną robotę. Iwan zgodził się, w końcu tyle razy to robił i nie tylko ptakom. Chłopak uśmiechnął się do swoich ponurych wspomnień. Oddał jedną z trzymanych kur Kiku w zamian za siekierę, po czym oparłszy jej głowę o kawałek drewna szybkim ruchem pozbawił ją życia. Podobnie zrobił z drugą i już się miał brać za trzecią, kiedy nagle nie wiadomo skąd pojawił się Yao.
- Co wy tu rob... - Nie dokończył, drób po raz ostatni zagdakał, po czym puszczony pobiegł oblewając się krwią prosto w stronę szatyna.
Wang zrobił kilka kroków w tyłu, przewrócił się o leżącą za nim belkę i padł na wznak tuż przed gnającym ku niemu nazbyt żywym trupem. Zwierzak w końcu jednak się zatrzymał, przebiegłszy dwie trzecie ciała Chińczyka. Długowłosy powoli wstał, zdjął z siebie pierzaste straszydło, po czym wołając za sobą Hondę począł wracać do kuchni.
Feliks przewrócił się ze śmiechu na drugi bok.
- Chryste, ale żywotna kura – zachichotał, zapominając o wylegującej się belę dalej Seszele.
- Jaka kura? - spytała dziewczyna naraz siadając tuż obok niego.
Feliks nie chciał, aby ciemnoskóra oglądała takie rzeczy, dlatego też musiał szybko zmienić temat. Na całe szczęście z pomocą przyszła mu jedna z animatorek.
- A wy co się tu wylegujecie, lepiej byście zeszli z tych beli, bo jeszcze zlecicie i coś wam się stanie – powiedziała rudowłosa wychodząc ze stajni.
- A co niby mało by nam się stać? - zapytał Łukasiewicz, przeskakując niewielki słomiany kanion.
- Już wam powiedziałam.
- Eee tam – machnął ręką blondyn skacząc na kolejny stos suchych łodyg.
Niestety noga mu się w końcu powinęła i z głośnym: „o kurw...” zleciał na pylistą powierzchnię podwórza.
Podczas gdy Polska z Seszele stroili fochy, Iwan postanowił zobaczyć co jego kochana, starsza siostra wraz z Belgią oglądają, cały czas się przy tym śmiejąc jak opętane. Niby to przypadkiem usiadł razem z nimi pod wiatą i zaczął im zerkać przez ramię. To co zobaczył na kartkach książki, niewiele mniejszej niźli zwykły zeszyt A5, mocno go zdziwiło. Otóż strona, którą dziewczyny się aktualnie jarały, przedstawiała dwóch całujących się chłopców w wieku około dwudziestu, no może osiemnastu lat. Bragonskim zatelepało. Jak można oglądać coś tak ohydnego i niedopuszczalnego w społeczeństwie – pomyślał. Nadal jednak nie był w stanie oderwać wzroku od książki.
- A ty co, podglądasz? – nagle jak spod ziemi wyrosła przed nim twarz Belgii.
- Ja? Nie, to znaczy... - fioletowooki nie wiedział co odpowiedzieć.
- Odpuść mu – machnęła ręką Ollena – niech sobie ogląda jak mu się podoba.
- Nie podoba mi się – w słowach jej młodszego brata dało się wyczuć zwyczajną dziecięcą zawziętość – możesz przewrócić stronę – poprosił lekko się rumieniąc.
- Ta, jasne – uśmiała się zielonooka.
Rosja widział wiele razy rożnego rodzaju obrzydliwości, przy których owy niewinny obrazek nie był w sumie niczym ciekawym, mimo to coś go jednak ciągnęło, aby dalej oglądać.
- Chodź Bel, pokażemy mu yaoi, a nóż mu się spodoba – zaproponowała Ukraina.
Dziewczyny w mig obsiadły biednego Słowianina, po czym ponownie wybuchnęły histerycznym chichotem. Tym razem obrazek, czy też może raczej rysunek, przedstawiał jak jeden z chłopców zaczyna drugiego rozbierać. Iwan nie wiedział czy ma się z tego śmiać, czy też szukać drogi ucieczki, w końcu w tym gronie był jedynie młodszym braciszkiem Ukrainki i nie miał za wiele do gadania. Poprosił więc tylko aby co prędzej przerzuciły stronę, wiedział bowiem, że im szybciej dojdą do końca, tym szybciej będzie się mógł ulotnić. Tym razem jego oczom ukazała się scenka żywcem wyjęta z jakiegoś pornosa. Braginski tylko nie wiedział jakiego. Gdyby jego szef zobaczył co on w chwili obecnej ogląda z pewnością mógłby liczyć na bite trzy miesiące w syberyjskim więzieniu. Jednak teraz nie było przy nim Putina, a obrazki z wolna zaczynały mu się podobać. Nie żeby był zachwycony, do tego by się nigdy nie przyznał, ale szczerze zawsze ciekawiło go jak to wygląda między dwoma mężczyznami. Kolejne kilka stron poza znanymi już fioletowookiemu z amerykańskich filmów scen, zawierała również czynności zgoła niecodzienne. Przykładem na to było jak jeden z „Gejów” ,jakby to ładnie nazwał jego prezydent, świdrował drugiemu odbyt palcami, szepcząc mu przy tym do ucha kilka ckliwych słówek. Przez plecy Iwana przeszedł lekki dreszcz podniecenia. Nie zwracał już teraz uwagi na pękające ze śmiechu dziewczyny, ale na papierowy erotyk. Kiedy blondynki wróciły w reszcie do zmysłów i przewróciły stronę, oczom Iwana ukazało się...
- To jest tak zwane spełnienie – powiedziała rzeczowo Belgia, wyjmując jednorazową chusteczkę i przykładając ją do nosa.
Celuloza z wolna zaczęła nasiąkać czerwonym płynem. To co dla Rosji było nowe i ciekawe u dziewczyn wywołało nie kontrolowane krwotoki.
- Czy możemy szanowne panienki łaskawie prosić o pomoc? - cichy, spokojny głos Kiku przerwał nerwowe wycieranie nosa.
- Ależ oczywiście – zielonooka szybko zwinęła książkę do torebki – co mamy robić?
- Pomóżcie mi z nakryciami, kubkami, sztućcami... - zaczął wymieniać brunet.
- Chodźmy Бельгія. Росія ty też idziesz? - zapytała nadal dochodzącego do zmysłów brata.
- Что, a jasne – chłopak kilkakrotnie potrząsnął nabrzmiałą od nadmiaru wyobrażeń głową.
Rozłożenie naczyń nie było trudne, natomiast przywleczenie z kuchni aż pod wiatę wielkiego gara z z zupą oraz trzech mniejszych zawierających mięso z sałatkami, okazało się być niezłym wyzwaniem. Ostatecznie najcięższy gar wziął szarowłosy.
- Wūkèlán, mogła byś zawołać wszystkich na posiłek – jej młodszy brat na wszelki wypadek zatkał uszy.
Ollena nabrała w płuca tyle powietrza ile tylko mogła, po czym wrzasnęła na cały regulator:
- Вечеря холоне!!!
Już kilka sekund od zamknięcia się ust niebieskookiej, pod wiatą pojawiły się pierwsze kraje. Polska oczywiście również przyszedł wprawdzie z obolałymi rękoma, bo pani T. kazała mu za nieposłuszeństwo zrobić pięćdziesiąt pompek, ale mimo to - choć z wielkim trudem - najpierw nałożył sobie zupy, a po wypiciu jej zajął się drugim daniem. Nieco ciężko się jadło czując nadwerężone mięśnie, ale jakoś się udało. Po skończeniu posiłku nie było mu jednak dane odpocząć.
- Uwaga, ponieważ nie chce nam się sprzątać w boksach...
- W., oni nie muszą o tym wiedzieć – skarcił ją G.
- Mało mnie to – odparła wpatrując się w przenikliwie niebieskie oczy szefa. – Tak czy inaczej – wróciła do podjętego tematu - każdy pokój ma za zadanie wysprzątać jeden z boksów, to znaczy wywieźć obornik, zaścielić słomą, nałożyć siana i owsa, a także przynieść wody.
To jeszcze nie było takie złe, dopóty animatorka nie wzięła się za wyznaczanie boksów poszczególnym pokojom.
- Pokój trzydzieści trzy, akurat trafił wam się Kurat – uśmiechnęła się czarnowłosa.
Obaj Słowianie westchnęli i powlekli się wraz z pozostałymi w stronę stajni. Budynek nie był nazbyt wielki, natomiast zamieszkany przez chmary much oraz wijących sobie pod sufitem gniazda jaskółek. Okazałe, zapewne dębowe, belki były mocno oblepione firankami pajęczyn, a cała stajnia mocno zajeżdżała dawno nie wywożonym obornikiem.
- O kuźwa - zaklął Feliks otwierając drzwi do boksu karej wredoty.
Końskie gówno było dosłownie wszędzie. Chłopcy nie wiedzieli, jak koniowi udało się narobić nawet na parapet okna, ale w tamtym momencie nie miało to najmniejszego znaczenia. Zaraz za wejściem znaleźli łopatę oraz widły do siana. Aby zaścielić miękką i świeżą słomą najpierw należało się pozbyć zalegającej w boksie około czterdziestocentymetrowej warstwy brudu. Nie było to łatwe tym bardziej, iż na piętnaście boksów były ledwie trzy taczki, z czego jedna co jakiś czas się rozwalała, to znaczy przywiązany konopnym sznurem stelaż oddzielał się od części nośnej, co bardzo utrudniało manewrowanie. Przed kuzynami stało nadzwyczaj ciężkie zadanie, ale w przeciwieństwie do większości rzadko kiedy oglądającej stajenne życie od podszewki, oni, to jest Słowianie, wiedzieli doskonale co i jak, toteż nie minęło nawet dwadzieścia minut, a udało im się oczyścić połowę pomieszczenia, a po kolejnych dwudziestu pozbyli się zalegających na oknie pączków.
- Pół sukcesu za nami – ucieszył się zielonooki, zabierając wypełnioną brudną słomą taczkę.
- Nu, to chyba czas na ścielenie – westchnął jego współlokator, ujmując w swe ciężkie łapska nieco zardzewiałe widły.
Blondyn prędko wywiózł na kompost zalegające w taczce nieczystości i począł wolno wracać do stajni, gdy nagle dało się słyszeć głośne:
- Egér! Zabierzcie ją, zabierzcie!
- Cóż się znowu Węgrom nie podoba? - zastanowił się na głos były PRL przyspieszając kroku.
Po krótkiej chwili ukazał mu się dosyć ciekawy widok. W czymś na kształt okręgu stała siódemka personifikacji, głównie dziewczyn, ale byli tam też Ameryka, Anglia i Szwajcaria. Wszyscy zebrani patrzyli się na coś leżącego w kupce siana. Zaciekawiony Łukasiewicz porzucił taczkę i stanął między nimi. W istocie, tak jak wrzeszczała Elizabeth, to była mysz. Stworzonko leżało na plecach krwawiąc z pyszczka.
- Ja jej pomogę! - zawołał Gilbert, zeskakując z jednej z bel i ujmując w swe pozbawione pigmentu dłonie stojące nieopodal widły.
Następnie minął zebranych i zrobiwszy potężny zamach wbił narzędzie, tak aby gryzoń znalazł się pomiędzy metalowymi zębami. Oczywiście za swój czyn nie zebrał owacji, a jedynie potężnego sierpowego od stojącego najbliżej niego Polaka.
- Może warto by powiadomić panią W., ona się dobrze zna na zwierzętach – zaproponowała Seszele.
- Nie potrzeba – cierpko stwierdził Arthur – ona już i tak jest jedną nogą po drugiej stronie.
- Ale chyba nie wolno jej pozwolić się męczyć – zaprotestował Jones.
Dotąd samotnie zbierający siano Iwan w końcu oderwał się od pracy. Było mu gorąco, a na dodatek nikt mu nie pomagał w owej katorżniczej pracy. Słysząc jednak, iż polny szkodnik właściwie dogorywa postanowił wspaniałomyślnie zakończyć jego cierpienia. W tym celu minął zdziwioną jego nagłą reakcją Ukrainę i zbliżył się do futrzaka, a następie bez jednego słowa wytłumaczenia zrobił z niej swoiste ciam ciaramciam swym ciężkim rosyjskim buciorem. Seszele zemdlała, natomiast nie chcący, aby jego młodsza siostra oglądała tak drastyczny widok Szwajcaria zasłonił małej Liechtenstein jej niewinne, malachitowe oczka. Beilschmidt  zwrócił część obiadu, podobnie zresztą jak Kirkland.
- Вернуться к работе – warknął szarowłosy mijając zrozpaczoną Ollenę.
Dziewczyna, podobnie jak inni, zalała się łzami, natomiast Słowianin nadziawszy przygotowaną wcześniej kupkę trawy zniknął w trzewiach stajni.
- He has no heart – powiedział USA pomagając dawnemu opiekunowi podnieść się z klęczek.
Wszyscy z wolna opuścili miejsce gdzie zginął gryzoń, jedynymi osobami które pozostały była Héderváry oraz jej towarzysz wiosny ludów. Feliks wziął leżącą nieopodal łopatę do gnoju, a następnie podsunąwszy ją pod mysi dżem zaniósł go na wskazane przez szatynkę miejsce. Prędko uwinęli się z pogrzebem i wrócili do „roboty”, jak to ładnie raczył nazwać były ZSRR. W końcu po następnych trzydziestu minutach latania w tę i z powrotem boksy zostały odpowiednio wyposażone. Ciche szczeknięcie psa wyrwało odpoczywającego na ławce blondyna z półdrzemki.
- Halo! Mogę prosić o uwagę!? - zawołał pan G. do pozostałych wylegujących się tu i ówdzie krajów. – Otóż ponieważ tak ładnie żeście się sprawili, pragniemy was zabrać na małą przejażdżkę wozami.
Szmer uznania.
- Jednakże mamy jedynie sześć wozów, tak więc każde z nas zabierze pięcioro z was do swojego wozu.
Narody pokiwały głowami na znak zgody.
- No to ja zabieram – zaczęła T. - Francję, Romano, Włochy, Hiszpanię i Seszele – wymienione osoby ustawiły się przy rudej.
- Norwegia, Dania, Holandia, Finlandia, Szwecja jadą ze mną – uśmiechnął się T.
- Białoruś, Anglia, Ameryka, Kanada i Belgia proszę do mnie – twardo powiedział G.
- Niemcy, Prusy, Austria, Szwajcaria i Liechtenstein – zawołała karlica.
- Węgry, Chiny, Japonia oraz Turcja z Grecją do mojego wozu – powiedział, uśmiechający się od ucha do ucha K.
- Om, jak milutko, co nie Udręka? Rosja i ferajna do mnie! - zawołała W. głaszcząc swoją czarną sunię.
Wozy były całkiem spore. Na kozłach zasiedli animatorzy, natomiast zaścielone baranimi skórami miejsca siedzące czekały na zacne pośladki spracowanych personifikacji. Wnet wszyscy się jakoś rozlokowali na pomalowanych różnorakimi farbami deskach i instruktorzy mogli w końcu dać znać zwierzętom aby ruszyły. Na początku, póki jechali żwirowaną, leśną drogą, konie spokojnie kłusowały, ale kiedy tylko skręcili w stronę pól natychmiast zostały pogonione do galopu. Fale wiatru gnały po rosnących aż po sam horyzont polach złotej pszenicy. Momentami fioletowookiemu zdawało się, iż czas się zwyczajnie zatrzymał, tak bardzo Iwan pragnął, aby jazda trwała wiecznie. Miarowe terkotanie kół oraz stukot końskich kopyt działały kojąco na jego skołatane myśli. Feliksowi szybko jednak się znudził monotonny widok zboża i zapragnął kierować razem z czarnowłosą. Oczywiście pani W. nie miała absolutnie nic przeciwko. Nieco się tylko posunęła i odstąpiła Słowianinowi wodze.
- Dokąd jedziemy? – zapytał zielonooki, odgarniając zwianą na oczy grzywkę.
- To niespodzianka – odparła tajemniczo kobieta.
- A będziemy mogli tam Rosję zostawić?
- Raczej nie, za takie niedopatrzenie mogłabym co najmniej pracę stracić – uśmiechnęła się brunetka.
- No, ale gdyby się tak przypadkiem zgubił... – Polska zrobił wielkie oczy kota w butach.
Podczas gdy Łukasiewicz gaworzył sobie z instruktorką, do zatopionego we własnych myślach Braginskiego dosiadła się jego droga, starsza siostrzyczka. Trochę nie wiedziała, jak zacząć rozmowę po tym, co Wania zrobił podczas sprzątania, więc tylko rzucała mu ukradkowe, pełne napięcia spojrzenia wielkich, błękitnych oczu.
- Koc? - spytał ją nagle okularnik, widząc jak tamta kuli się z zimna.
- Будь ласка – odparła Ollena, z wdzięcznością przyjmując wełniany pled. – Uhu hu, ale wieje - spróbowała zainteresować szarowłosego.
- No, troszkę, ale to nic – uśmiechnął się Bock.
Widząc jednak uciekające w bok źrenice koleżanki, zapytał nieomalże szeptem:
– Coś Ci jest?
Dziewczyna tylko mocniej się przykryła.
- Ech, problemy natury rodzinnej.
- Rozumiem - kiwnął głową błękitnooki.
Chłopak wydawał się być teraz Ukrainie bliższy niż kiedykolwiek.
- Jednakże nie masz się czym martwić – zapewnił ją – Pan Rosja tak miewa raz na jakiś czas, a potem wszystko wraca do normy. Możliwe, iż koś z nas go zezłościł no i się wyładował na Bogu ducha winnej myszce.
- Дякую Estonia – dziewczyna wychyliła się do tyłu i złapawszy rosnącego przy drodze chabra wsadziła mu we włosy.
Federacja nie miał ochoty ich słuchać, toteż prędko zmienił miejsce i zupełnym przypadkiem usiadł nazbyt blisko znerwicowanego Łotwy. Blondyn momentalnie dostał dreszczy, lecz mimo to pozostał cicho. W pewnej chwili niebieskooki poczuł ciężką prawicę giganta na swojej małej główce. Żeby tylko nie bił – pomyślał, posłusznie schylając głowę do narzuconej przez Rosjanina pozycji. Iwan dla odstresowania postanowił go zwyczajnie po głowie pogłaskać, ale pragnąc go mieć w wygodniejszym miejscu zmusił chłopca, aby położył głowę na jego kolanie. Biedny Raivis robił mu teraz nie dość że za koc, to i pluszaka.
W tak miłej atmosferze wjechali do niewielkiej osady. Tablica wjazdowa była tak okurzona i podrapana, że wyrytego nań napisu zwyczajnie nie dało się odczytać.
- To jest ta niespodzianka? - zapytał z niesmakiem Feliks, hamując zdyszane konie.
- Dokładnie – odparła seledynooka ponownie głaszcząc Udrękę – Heja hop, wysiadamy! - zawołała do reszty siedzących.
Kraje z mniejszym lub większym entuzjazmem powlokły się za animatorką. Niebawem stanęli przed całkiem, sporym nieco zniszczonym przez czas budynkiem z czerwonej cegły. Napis nad witryną był prawie niewidoczny. Jednak gdy się dobrze przypatrzeć, można było poznać przynajmniej jedno słowo, a mianowicie „Vestibulum” czyli po łacinie sklep, ale z czym?
- Zapraszam was wszystkich na kupowanie pamiątek – powiedział G. - Macie około – tu spojrzał na zegarek – pół godziny. Po tym czasie chcę was tu widzieć z powrotem.
Zebrani pokiwali niemrawo głowami, po czym spoconą lawiną wtoczyli się do świątyni handlu. Setki alejek i tysiące półek przyprawiły by niejednego o zawrót głowy.
- G.? - powiedział blondyn.
- Hm?
- My też możemy wejść? - spojrzenie bruneta mówiło głośno i dobitnie „po kiego grzyba?” - No wiesz, żeby ich pilnować, aby zanadto nie narozrabiali – szybko dodał K.
- W sumie...
- Prosimy - naraz brązowooki oraz małżeństwo T. z panią W. zrobili wielkie proszące oczy.
– No niech wam będzie – zgodził się przewracając swymi błękitnymi oczyma G.
- Jest!  - ucieszyła się rudowłosa.
Brunetka szybko przywiązała sukę do jednego z przydrożnych słupków, po czym wraz z pozostałymi weszła do budynku. Widząc okazję zostanie sam na sam z szefem, S. wzięła się za donoszenie o nieprawidłowościach jakich reszta kadry się dopuściła. Biedny G. teraz żałował, iż nie poszedł z innymi. Tymczasem Gilbert zawędrował do działu z „różnymi artykułami ostrymi”. Zgromadzono tam głównie żyletki i brzytwy, ale gdy się przeszło na sam koniec wystawy, leżały tam także różnego rodzaju noże składane i nie, scyzoryki, bagnety, ostrza kamienne i metalowe. Niemcowi szczególnie spodobał się jeden. Niewielka, stalowa, oksydowana na czarno finka z drewnianą rękojeścią, na której widniał malutki, posrebrzany smok, a do tego piękna, jedwabiście czekoladowa pochwa spięta z resztą delikatną, plastikową żyłką. Prusom aż się oczy zaświeciły i już, już miał zabrać cudowne znalezisko z półki, kiedy nagle tuż przed jego nosem przebiegł Feliks, unosząc wspaniały nożyk ze sobą.
- Das gehört zu mir! - wrzasnął, puszczając się za blondynem w pogoń.
- Nie dla psa kiełbasa! - odkrzyknął Łukasiewicz, nie patrząc gdzie biegnie.
Beilschmidt może i był szybki, ale daleko mu było do sprawności Polaka. Nagle wpadli na oglądającego manierki Braginskiego. Chłopak nawet się nie obejrzał, kiedy tych dwóch głupoli zaczęło się wokół niego gonić, tak jakby był meblem, a nie personifikacją. Przestąpienie choćby najmniejszego kroku przez Rosję mogło by spowodować zderzenie. Dlatego też Iwan spróbował ich zatrzymać słownie.
- Мальчики – powiedział cicho, mając nadzieję, iż go usłyszą.
Niestety, goniący mieli w głębokim poważaniu słowa giganta.
- Мальчики! - wrzasnął Federacja, łapiąc biegnących za koszulki i lekko unosząc do góry – Co wy do jasnej ciasnej wyprawiacie? - zapytał, lekko nimi potrząsając.
- Bo on mi ukradł nóż – zaczął Szwab.
- Nie ukradł, tylko wziął jako pierwszy – sprostował z godnością Polak.
- Quatsch! - zawołał białowłosy, wyciągając łapy ku pokazującemu mu język blondynowi i próbując biec w powietrzu.
- Zachowujesz się jak małe dziecko Gil – powiedział z uśmiechem fioletowooki – daj se spokój, był pierwszy.
W albinosie aż się zagotowało. Teraz pragnął zbić nie tylko Polskę, ale i Rosję, co było samo w sobie złym pomysłem. Kilka minut później Prusy stał przy kasie ściskając w ręku kawał mrożonej wołowiny. Po potężnym, Iwanowym, prawym sierpowym biedny Gilbert wyglądał jak postać z polskiej kreskówki o nazwie „Reksio” czy jakoś tak. Dzięki chwili w sklepie Łukasiewiczowi udało się również doładować zapasy paluszków. Zadowolony, z pełnym koszykiem pyszności podążył do kasy, przy której aktualnie stał Anglia i płacił za herbatę oraz kilka niewielkich figurek sprężonych do skoku drewnianych wilków. Arthur grzecznie podziękował za torbę i wyszedł na dwór, ustępując miejsca zniecierpliwionemu Polakowi. Ten szybko wyłożył swoje zakupy na stół, po czym zapytał:
- Ile płacę?
Kasjerka wytrzeszczyła oczy, najwyraźniej nie rozumiejąc o co chodzi.
- No ile płacę? - powtórzył chłopak, potrząsając niewielkim, zielonym portfelem.
Kobieta palnęła się w głowę aż zadudniło, po czym łamanym angielskim rzekła:
- For all, will be one hundred and twenty Dollars or eighty eight Euro.
Feliks szybko przeliczył dolary na złote i wręczył kobiecie zapłatę.
- Swoją drogą dziwne, że nie rozumiała po polsku, skoro nawet nas animatorzy rozumieją – zastanowił się na głos mijając panią W. karmiącą ciasteczkami dla psów swoją sukę.
- Cóż się dziwisz. To przecie oczywiste, że części z Was nie rozumieją – odrzekła na pytanie nie kierowane do niej.
- Ale w takim razie czemu Wy nas rozumiecie?
- Widzisz, mamy coś w rodzaju aparatów słuchowych – powiedziała, naciągając małżowinę tak, aby chłopak mógł zobaczyć co jest wewnątrz ucha – Widzisz? Taka niewielka, srebro-biała kulka.
- Aha – zielonooki pokiwał głową.
- Dzięki nim słyszymy Wasze wypowiedzi w zrozumiałym dla nas języku i możemy odpowiedzieć. Wy nie rozróżniacie języków, ponieważ od samego swego powstania jesteście poliglotami – wytłumaczyła, biorąc sobie jedno z ciastek do ust.
Feliks skrzywił się.
- No co, są bardzo dobre – wzruszyła ramionami instruktorka.
Powoli wyznaczony czas zaczął mijać i przed „Vestibulum” zaczęło się zbierać coraz więcej narodów. Kiedy wreszcie wszyscy znaleźli się już na zewnątrz. Pan G. ich policzył, a następnie dał komendę do dalszej jazdy. Wracali jednak tym razem nie przez pola, nad którymi zaczęły się już zbierać ciemne chmury, ale lasem, aby nie wiało. Bór szumiał złowieszczo, lecz mimo to jechało się całkiem przyjemnie. Nagle gdzieś z przodu dało się słyszeć głośny pisk telefonu.
- ...alo. Jak to się zepsuło!? - wrzeszczał, zagłuszany pędem powietrza G. - Nie ma takiej opcji! (...) Nie, nie mogę tak! (…) Kiedy to naprawicie?! (…) To za długo! (…) Dobra, oddzwonię ... teraz nie mogę … koniem jadę! - wkurzył się, wyłączając komórkę i chowając ją do kieszeni.
Kilkadziesiąt minut później ponownie zajechali na podwórze stadniny, gdzie czekał już na nich autokar. Konie odprowadzono i wyprzężono, dając narodom około dwudziestu minut na pożegnanie zwierząt oraz zajęcie miejsc. Niebawem znów gnali dziurawą szosą poprzez naelektryzowane powietrze ku bezpiecznym murom ośrodka.
Iwan siedział na jednym z przednich miejsc, ukradkiem spoglądając na naprzeciwko niego grających w karty Anglię z Francją. Obaj blondyni rżnęli równo, co jakiś czas nieco sobie dogryzając. Rosja w pewnym momencie znudził się monotonnym widokiem przewijających się co chwila waletów, siódemek, asów itp. Odwrócił więc wzrok i zaczął wyglądać przez okno. Niebo z wolna przybierało kolor brudnej, portowej wody.
- Chyba nadchodzi burza – westchnął, oglądając olbrzymi chmurny masyw.
Autokar szumiał usypiająco, a szepty z wolna cichły. W pewnym momencie zapadła grobowa cisza, przerywana jedynie cichym dyszeniem leżącej w przejściu wilczycy. Braginski oparł się o okno i zasnął. W czasie gdy Federacja był na audycji u Morfeusza, nasz kochany RP zaczął wcinać paluszki i bawić się swoim nowo nabytym ostrzem. Finka wprawdzie wymagała jeszcze nieco obróbki, gdyż była nieco tępa, ale i tak już zdążył nią naciąć oparcie sąsiedniego fotela.
Nareszcie, po nużących dwóch godzinach jazdy, gdyż część czasu stali w korku przez wypadek samochodowy, zatrzymali się przed ośrodkiem. Na dworze było prawie zupełnie ciemno przez natłok ołowianoszarych chmur, zwiastujących niechybną ulewę. Personifikacje zostały migiem wpędzone do budynku, przeliczone i odesłane na jakieś pół godziny do pokoi. Tymczasem pan G. wraz z kadrą zajęli się ocenianiem strat. Chodziło bowiem o to, iż po zniszczeniu łóżka w pokoju trzydzieści trzy oraz kilku innych rzeczy, o których narody nie miały zielonego pojęcia, animatorzy zadecydowali o wymianie systemu zamków na zamki elektroniczne. Wymagało to jednak całego dnia pracy przy pruciu kabli i zaglądaniu do systemu rur, toteż wynajęto do tego specjalną ekipę. Niestety, ci „partacze”,  jak już raczył ich nazwać G., przypadkiem uszkodzi część wodociągu i postanowili wyłączyć wodę, aby nie powodowała ona większych strat. Na swoje nieszczęście instruktorzy zapomnieli, o której owo wyłączenie wody nastąpi i do kiedy będzie trwało, dlatego też co prędzej zarządzili kolację, a uznali że o kąpiele można się pomartwić nieco później, gdyż w razie czego w pobliżu znajdowało się jeszcze jezioro.
Hiszpańska kolacja była dosyć skromna. Ledwie kilka tac kanapek z keczupem, pomidorami, serem i szynką, a do tego spora ilość soku, głównie pomidorowego, jak na władców owych warzyw przystało. Na zewnątrz zaczęło padać, a atmosfera w jadalni zwolna stawała się tak gęsta i zawiesista, jak z zupa. W końcu Feliks nie wytrzymał i poszedł do kibelka, podczas gdy głowa ośrodka wariowała, nie mogąc się dodzwonić do ekipy remontowej. Kiedy w końcu zamiast monotonnego „abonament jest czasowo nie dostępny”  usłyszał zdyszany głos robotnika, w stołówce nie było już absolutnie nikogo.
Iwan, po skończeniu podwieczorku, gdyż było to w jego mniemaniu stanowczo za mało na jakikolwiek inny posiłek, chyłkiem udał się do pokoju. Był zmęczony i śmierdział nie tylko końskimi ekskrementami, ale i własnym potem, a także kurzą krwią. Zabrał wiszący na drzwiach szafy spory, błękitny ręcznik, a następnie wkroczył do łazienki, gdzie rozebrawszy się wszedł do niewielkiej kabinki prysznicowej, wpuszczonej w maleńki załom i zamykanej przeźroczystymi, składanymi drzwiami. Z słuchawki popłynęła przyjemnie ciepła woda.
W czasie, gdy Iwan poszedł na górę, Feliks spotkał zaaferowanego nowo zdobytymi wieściami G., który poinformował go, iż za niecałe dziesięć minut wyłączą wodę, a ponowne jej uruchomienie następni dopiero w dniu następnym około trzynastej, czyli de facto w środku zajęć. Polska wytrzeszczył swe niemożliwie zielone oczy, po czym nie pytając już o nic pognał do pokoju. Musiał się umyć. Śmierdział gorzej niż pozostawiona w ciepłym miejscu na siedem lat sałatka warzywna. Wpadł do pokoju, w pół kroku zrzucił spodnie i skarpety. Schwycił ręcznik zdejmując podkoszulkę i wleciał do łazienki w samych gratkach, które zdążył zdjąć kiedy tylko zamknął za sobą drzwi. Rzucił gdzie bądź ręcznik i otworzył suwaną przeszkodę. Rosja stał do niego przodem z wyłączoną słuchawką prysznica w jednym ręku i mydłem w drugim. Polska popatrzył w jego niebotycznie wielkie, zmęczone, fioletowe oczy. Dalej przeniósł się na nieco przyduży nos i usta, a potem na zazwyczaj ukrytą pod ukraińskim szalikiem szyję i szerokie dobrze umięśnione ramiona poniżej których znajdowała się nieco mokra klatka piersiowa oraz odrobinę bojlerowaty brzuch. Największe jednak wrażenie na Łukasiewiczu robiło to co znajdowało się pod nim, a mianowicie spokojnie zwisające niczym ogórek przyrodzenie. Było ono chyba największym jakie RP kiedykolwiek na oczy widział. Pod nim zwisały dwa spore carskie klejnoty. Polska w prawdzie pamiętał jak ich razem mateczka Słowiańszczyzna razem kąpała jednak nigdy by nie przypuszczał, iż z tak małego ptaszka może się zrobić tak olbrzymi orzeł.
- Gdzie się patrzycie? - Iwan przyjął oficjalny ton próbując znaleźć miejsce obecnego skupienia wzroku kuzyna.
- Nigdzie – warknął Feliks jak gdyby nigdy nic wtarabaniając mu się do kabiny.
- Что ты делаешь? - wykrztusił Federacja przyciskając się do pokrytej zimnymi, białymi kafelkami ściany.
- Za około kilka minut wyłączą wodę, a ja pragnę jeszcze się zdążyć wykąpać – odparł szmaragdowooki co prędzej zajmując się namydlaniem głowy.
Fioletowookiemu było nie wygodnie. Nie mógł bowiem swobodnie wykonać ani jednego ruchu aby przypadkiem nie dotknąć współlokatora. Był zły i miał serdecznie dość owego dnia. Ścisnął mydło aż przybrało ono nieco inny kształt. Miał pomysł. Może nie najlepszy czy nie najbardziej przyzwoity, ale był, a wynikał on z prostego rozumowania. Im szybciej Polska się umyje, tym szybciej się go stąd pozbędzie. Prędko namydlił sobie obydwie ręce, a następnie popchnął Łukasiewicza na ścianę, tak że blondyn omal sobie nosa nie rozwalił. Mimo to jednak nie oderwał się od intensywnego pucowania przetłuszczonych włosów. Kolejnym krokiem Braginskiego było złapanie chłopca za delikatnie opaloną szuję i pokrycie jej sporą ilością mydła. Feliks nieco zachichotał lecz nie wydawało się, aby mu to jakkolwiek przeszkadzało. Dalej szarowłosy przeniósł się na chude ramiona oraz szczupłe barki. Ponowny brak reakcji utwierdził go, iż jego plan działa i już niebawem będzie się mógł w spokoju sam wykąpać. Potem były plecy. Namydlając je, Rosja był w stanie policzyć kuzynowi wszystkie pokryte miękką skórą żebra. Następna w kolejce była klata piersiowa. Federacja delikatnie przeleciał palcami po lekko nabrzmiałych sutkach, a następnie skierował się ku brzuchowi. Zrobił maleńkie kółeczko wokół pępka. Federacja uśmiechnął się lekko, przez głowę przeleciało mu bowiem, iż jeszcze tylko pas oraz uda i będzie mógł Łukasiewicza z kabiny wyrzucić. Brnął więc dalej. Polaka przeszyły dreszcze kiedy Iwan sięgnął tam gdzie nie powinien. Chętnie by wrzasną, ale spora ilość białej piany, niczym tatrzańska lawina, zwaliła mu się na oczy oraz usta. Felek nie cierpiał jej smaku, toteż cierpliwie czekał co jego wspaniały współlokator wymyśli. To zabawne, iż miętolenie cudzych klejnotów może być aż tak ciekawe – pomyślał były ZSRR, lekko ściskając polską parówkę. Frajdę przerwał dopiero jej właściciel delikatnie uderzając mydlącego łokciem. Wania zajął się więc polskimi bułeczkami. Były bardzo mięciutkie i jędrne jak na męskie pośladki. Zewnętrzną część Polanin zlał kompletnie, natomiast kiedy większy Słowianin delikatnie wsunął palce do rowu Mariańskiego, po czym przeleciawszy się nim w górę i w dół kilka razy zaczął intensywnie krążyć wokół jego tylnej dziurki nie wytrzymał i popchnął go na ścianę omal samemu nie nabijając się rosyjskie paluchy. Usatysfakcjonowany  Braginski zabrał więc ręce, a następnie ponownie włączywszy wodę pozbył się z ciała zielonookiego całej ilości brudu jaki nań osiadł, po czym bezceremonialnie wywalił go z łazienki. Feliks margał jeszcze dobrą chwilę, a następnie przebrawszy się w swoją kochaną piżamkę, padł byle jak na łóżko i zwyczajnie zasnął. Jakieś pięć minut później z łazienki wyjrzała przemoczona do suchej nitki głowa szarowłosego. Rosja co prędzej założył spodnie od piżamy oraz podkoszulkę, zawinął się w szalik i już, już miał lec w miękkim łóżku, kiedy nagle się zatrzymał. Polska spał dokładnie na środku materaca, nie pozostawiając kuzynowi zbyt wiele miejsca, a na dodatek okupował jego kołdrę. Iwan westchnął ciężko. Położył się na dostępnym rąbku miejsca, wtulił twarz w miękkie, złote włosy Łukasiewicza, przykrył odrobiną kołdry i zasnął. Na dworze gdzieś cicho zagrzmiało, lecz żaden ze Słowian już tego nie usłyszał.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.