cz.1 - Jazda



 Jechali autokarem. Po prawej las i po lewej las- pomyślał z nostalgią, podskakując na licznych wertepach. Droga była bardzo wyboista i o ile w jego kraju to było normalne i był w stanie to zlewać, o tyle gdzie indziej zawsze go to denerwowało. Ale czemu do cholery teraz nią jechał, razem z Ameryką, Anglią, Białorusią i innymi? A no tak, Polsce przypomniały się słowa premiera „ jedź, jedź na pewno będzie fajnie, a może uda ci się z kimś zaprzyjaźnić (...)”

- Tak jakbym nie miał nic innego do roboty. - mruknął wpatrując się w tańczące po szybie krople deszczu. Siedział sam, gdzieś tak w połowie lewego rzędu. Za nim Olena z Nataszą, a przed Chiny i Japonia, bawiący się swoimi nowoczesnymi smartphon'ami. Feliks ze smutkiem popatrzył na swojego starego, wysłużonego Sony Ericsson'a K750I. Swoją drogą dobry telefon, tyle że nie odbierający internetu i robiący - delikatnie mówiąc - fatalnej jakości zdjęcia. Polska wyciągnął słuchawki, po czym wszedłszy w tajemniczy folder o nazwie „patriotyzm”, wybrał jeden z utworów. W uszach rozbrzmiała ściągnięta jakiś czas temu piosenka Lecha Makowskiego „Klasztor Monte Cassino” . Zasłuchany w muzykę nawet nie zauważył, kiedy stanęli u bram ośrodka. Budynek nie był zbyt duży, ale za to strasznie zapuszczony. Odpadające beżowo żółte tynki, pourywane w wielu miejscach stare rynny oraz straszące rdzą balustrady balkonów. Widziane z zewnątrz zakurzone i obciągnięte firankami pajęczyn szyby, pobazgrane sprejami drzwi wejściowe aż w końcu stara ledwie trzymająca się antena, a także potężny monumentalny komin niewątpliwie zrobił by furorę w Ameryce, ale nie tu, pośród normalnych ludzi. Dookoła budynku w pewnej od niego odległości znajdowało się coś na kształt ogrodu porośniętego chwilowo przeróżnej maści chwastami oraz drobnymi ziołami. Cały teren ogrodzony najtańszą leśną siatką i zabezpieczony przez „pana Józia” odsypiającego pod jednym z nielicznych drzew miniony weekend, z pewnością nie wzbudziły by u nikogo przeciętnego zaufania. A co dopiero u tak dystyngowanych osób jakimi były zgromadzone tu personifikacje.

-Co? I my mamy tu mieszkać!? Przecież to jest niezgodne ze wszystkimi przepisami BHP!!!-awanturował się Szwajcaria.

-To chyba jakaś kpina - mruknął z pogardą w głosie Niemcy.

-W tym domu na pewno straszy - szepnął Łotwa trzęsąc się niczym dopiero co wyciągnięta z lodówki galareta.

Jednak Polski, wygląd budynku nie przerażał. Ot co, wybrali im do mieszkania najtańszą z możliwych opcji, bo po co dbać o personifikacje? Przecież one i tak zawsze dadzą sobie radę - pomyślał z nostalgią lekko się uśmiechając. Co ciekawe dla większości wschodnich krajów takich jak Rosja czy Ukraina, taki dom był może nie LUKSUSEM ale przynajmniej standardem. W drzwiach autokaru stanął jeden z animatorów.

-Witajcie moje drogie kraje. Nazywam się bla bla bla -polska przespał ten moment.- Dla was pan G. Za moment wysiądziecie, zabierzecie swoje walizki i wejdziecie do ośrodka. W korytarzu znajdziecie dwa kosze z kluczykami. Jeden dla chłopców, drugi dla dziewczyn. Nie umawiajcie się kto z kim, tylko bierzcie na chybił trafił. Po pobraniu klucza proszę o zarejestrowanie się u naszej przemiłej pani sekretarki. UWAGA, NIE MA ŻADNYCH ZAMIAN. Pokoje są dwuosobowe i znajdują się zarówno na korytarzu na równi z recepcją jak i na piętrze. Radzę się nieco pospieszyć. Spotykamy się tu z powrotem za około godzinę. Jasne!?

-Ta jest panie G!-zawołały chórem personifikacje.

Kiedy w końcu głowa pana G. zniknęła za siedzeniem kierowcy, wszyscy, jedni szybciej drudzy wolniej zaczęli się zbierać do wyjścia. Rzeczpospolita zabrał swój wściekle czerwony plecak z naszytym na jednej z kieszeni godłem, wstał i przeciskając się pomiędzy obciągniętymi obrzydliwie zieloną dermą fotelami jakimś cudem wygramolił się na zewnątrz. Chłodny, popołudniowy wiatr owiał jego złotawe kosmyki, umożliwiając odetchnięcie po tej wyczerpującej podróży. Felek rozejrzał się dookoła, po czym skierował swe kroki w kierunku luku bagażowego, przy którym stało już kilka innych państw oraz poznany jeszcze w ambasadzie pan K. Pan K. i Pan G. byli rodzeństwem, ale skąd pochodzili było wielką tajemnicą, a jeszcze większą, jak to możliwe że w ogóle byli ze sobą spokrewnieni, skoro aż tak się od siebie różnili. Przykład pierwszy. Pan G. był wysokim brunetem o przenikliwym spojrzeniu niebieskich oczu i krótkiej capiej bródce, podczas gdy pan K. był średniej wysokości, lekko otyłym blondynem o kasztanowych oczach oraz pozbawionej jakiegokolwiek zarostu twarzy. Przykład drugi. Zupełnie inaczej się ubierali. Ubiór pana G. przypominał trochę głównego bohatera z Matriksa, tyle że nie miał okularów, natomiast styl pana K. można by przyrównać do pospolitego zachodniego dresa, czyhającego w czarnych dzielnicach Nowego Jorku. Tak czy inaczej K. podał Feliksowi walizkę, obnażając przy tym rząd nieskazitelnie żółtych zębów. Polska na wszelki wypadek też się uśmiechnął, po czym zabrawszy manatki ruszył w kierunku budynku pieczołowicie omijając wszelkie głębsze kałuże, od których jego fioletowo-różowa torba na kółkach mogłaby się ubrudzić. W końcu po niecałych ośmiu metrach slalomu dotarł do wejścia. Przestąpił próg i o mało co nie wyrżnął twarzą w stojący tuż przy wejściu fikusa, co spowodowało cichy, nieco chrapliwy chichot za pomalowaną na oczojebny zielony płytą gipsowo-kartonową, imitującą recepcję. Polska napuszył się, po czym z gracją ominął niebezpieczne zielsko i zaczął szperać w koszyku oznaczonym jednoznacznym napisem „BOJS”. Chwilę wydziwiał nad numerkami, aż w końcu wybrał kluczyk opatrzony dwoma ulubionymi cyframi, 33 bo do trzech razy sztuka. Zbierająca właśnie z podłogi uśmiane szczęki kobieta wychrypiała:

-Imię?

-Feliks Łukasiewicz.

-Imię? -kobieta powtórzyła pytanie.

-No, Feliks.

-Heee... jeśli myślisz synku, iż znam was wszystkich na pamięć, to się grubo mylisz.-westchnęła włączając monitor.- Jak masz na imię?

-Polska?

-Czy nie można było tak od razu.-ziewnęła przelatując palcami po klawiszach.-Pokój?

-Trzydzieści trzy.

-Kolor?

-Jaki kolor?

-Kolor klucza. Niebieski czy czerwony?

-Chyba niebieski.

-Ech, daj mi to.-warknęła z lekką złością, zabierając Feliksowi metalik z ręki.- Niebieski.-powiedziała tryumfalnie.-Pokój na górze prosto i w lewo. Tylko się nie zgub!.-zawołała za

znikającym na schodach Feliksem. Schodki były wysokie ,wąskie a na dodatek lekko spróchniałe, toteż za każdym kolejnym stopniem III RP. miał wrażenie, iż zaraz się zawalą razem z nim i jego niebotycznie ciężką walizką. Na szczęście się pomylił i jakimś cudem udało mu się dowlec na szczyt. Niestety pech chciał, iż potknął się o stary, wyleniały perski dywan z wdziękiem zrzucając swój bagaż aż do recepcji, co zaowocowało kolejnym wybuchem obrzydliwego, gardłowego rechotu. Polska lekko się wkurzył, ale nie dał tego po sobie poznać. Kiedy ponownie znalazł się na górnym korytarzu, zaczął zgodnie z instrukcją szukać swojego pokoju. Po kilku metrach trafił. Pokój trzydzieści trzy był opatrzony wielkimi, odrapanymi drzwiami z przybitym byle jak numerem. Feliks wyjął klucz i spróbował przekręcić. Jednakże drzwi okazały się być już otwarte, więc kiedy za nie szarpnął wywalił się jak długi. -Otwarte drzwi oznaczają iż w środku już jest mój przyszły współlokator -pomyślał rozglądając się po pomieszczeniu. Dwa wąskie łóżka z materacami pamiętającymi zapewne pierwszą światową, obłażące z farby jasnozielone ściany, dwie popsikane sprejem zamiast lakieru szafki nocne z jakimiś dziwnymi lampkami, spora szafa na której szczycie pysznił się pokryty grubą warstwą kurzu telewizor marki Rubin. Łukasiewicza aż przeszły dreszcze.

-Cholera, jak w PRLu.-szepnął próbując wciągnąć swoją walizkę, której jedno z kół zakleszczyło się między drewnianym progiem a kamiennym występem w podłodze. Biedak nie zauważył niepozornej jasno beżowej walizeczki leżącej za jedną z szafek jak również świecącego się w łazience światła. Zielonooki szarpnął, a po chwili klnąc podszedł, obejrzał kółka i znowu pociągnął. Ciche skrzypnięcie drzwi wewnątrz. Felek odwrócił wzrok i ujrzał ubłocone do niemożliwości stare oficerki ginące gdzieś w odmętach beżowego płaszcza.

- O nie.-mruknął podnosząc wzrok w stronę głowy intruza - nie, nie, nie, nie - szeptał zajadle patrząc coraz to wyżej i wyżej. Nie!-zawołał widząc uśmiechającego się ruska.

- что?-zdziwił się Rosja podchodząc bliżej i próbując zrozumieć dlaczego jego kuzyn ma problem z walizką.

- Jajco, po prostu się nie zbliżaj, sam dam sobie radę.- mówił szarpiąc z narastającą złością.

Niestety bagaż ani myślał posłusznie przejść przez próg i dalej trzymał się zajadle podłoża. Tymczasem Braginski zrozumiawszy, iż nie ma sensu na siłę mu pomagać usiadł i rozejrzał się za pilotem. Niestety nigdzie nie było ani śladu urządzenia. Westchnął więc i ponownie skupił wzrok na szamoczącym się blondynie.

-Może jednak ci pomogę? - zaproponował zrzucając płaszcz na śmierdzącą krochmalem pościel.

-Nie!

Iwan westchnął, podniósł swój bagaż i zaczął w nim chyba czegoś szukać. Chwilę później znalazł. Była to maleńka paczuszka z prażonymi ziarnami słonecznika. Chłopak rozerwał ją zębami i wbijając wzrok we współlokatora zaczął się nimi zajadać. Kiedy doszedł mniej więcej do połowy uznał, iż nie ma sensu już więcej pytać. Podniósł się, odłożył przysmak na szafkę, po czym złapawszy Polskę w pasie pomimo jego protestów porządnie pociągnął. Zdradzieckie kółko nie dało rady sile aż dwójki personifikacji i z niechęcią przetoczyło się przez próg, wywalając się na Feliksa, który z kolei wywalił się na Iwana.

- Udało się!- zawołał uradowany szybko się podnosząc i ciągnąc walizę w stronę łóżka.

Biedny Wania nie usłyszał nawet jednego, małego, zakichanego dziękuję. Podniósł się, otrzepał z feliksowego kurzu i spojrzał wyczekująco na grzebiącego w torbie towarzysza. Ten jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi wywlekając na powierzchnię ciuchy i natychmiast zajmując nieomalże całe dostępne w szafie miejsce. Nim Federacja Rosyjska zdążyła cokolwiek powiedzieć zielonooki był już rozpakowany i siedział niewinnie na rozścielonym łóżku zajadając paluszki.

- Co? - zapytał z głupkowatym wyrazem twarzy.

Białowłosy potrząsnął głową i zajrzał do własnego bagażu. Po czym wydobywszy z wnętrza kilka ładnie poskładanych koszul, podkoszulek, dwie pary spodni kilka par skarpetek oraz dodatkowy płaszcz zajrzał do szafy. Na jego stosunkowo niewielkie potrzeby nie było ani jednej wolnej półki.

- Feliks, a gdzie ja mam się rozłożyć? -spytał zwracając się w kierunku blondyna.

- A bo ja wiem?-odparł drapiąc się za uchem.

Wania przełożył na wieszak kilka byle jak wciśniętych kurtek i polarów, uzyskując przynajmniej ćwiartkę potrzebnego miejsca, potem przełożył jeszcze Feliksowe zapasy paluszków, a na koniec pozbył się nadmiernej ilości wetkniętych tam, nie wiadomo po co, chusteczek higienicznych. Powiesił obydwa płaszcze. Odłożył własną bluzę dresową oraz spodnie dokładając do nich resztę skąpego odzienia. Gacie i skarpety oraz całkiem spory zapas narodowego trunku zdołał zmieścić u siebie w szafce. Po rozpakowaniu usiadł na łóżku i sprawdził, która godzina.

- Xолера , to już tak późno!-zawołał, natychmiast się podrywając i łapiąc Polskę za klapy kurtki.

- Puść, jestem w stanie sam wstać! -zaprotestował trzecia RP usiłując wyrwać się z żelaznego uścisku.

- Choć, bo się spóźnimy -powiedział Rusek przestępując próg.

- Oj tam ,oj tam -mruknął pod nosem Felek zamykając za sobą drzwi.

Po chwili obydwaj zbiegali na dół po starych podpróchniałych schodach. Szybko minęli recepcję i wypadli na dróżkę prowadzącą na parking. Mieli wiele szczęścia trafić akurat na pana G., idącego właśnie na zbiórkę.

- O! A co wy tak późno?-spytał G. zwalniając nieco kroku.

- Eee... Mieliśmy mały problem z bagażem -zręcznie wytłumaczył Polak.

- No cóż, bywa. Ale następnym razem radzę Wam być przede mną na zbiórce.

- Ta jest, panie G. -kiwnął głową blondyn.

Kiedy dotarli na parking, pan animator kazał im się ustawić w dwuszeregu pokojami, po czym sprawdził listę.

- Prusy Holandia pokój?

- Dwadzieścia jeden.

- Węgry Belgia?

- Dwadzieścia dwa.

- Francja Anglia?

- Dwadzieścia trzy.

- Białoruś Seszele?

- Dwadzieścia cztery.

- Ukraina Liechtenstein?

- Dwadzieścia pięć.

- Niemcy Włochy?

- Dwadzieścia sześć.

- Ameryka Kanada?

- Dwadzieścia siedem.

- Chiny Japonia?

- dwadzieścia osiem.

- Hiszpania Romano?

- Dwadzieścia dziewięć.

- Łotwa Estonia?

- Trzydzieści.

- Austria Szwajcaria?

- Trzydzieści jeden.

- Grecja Turcja?

- Trzydzieści dwa.

Wreszcie przyszła kolej Felka i Wani.

- Polska Rosja?

- Trzydzieści trzy.

- Norwegia Dania?

- Trzydzieści cztery.

- Finlandia Szwecja?

- Trzydzieści pięć.

- Dobra - mruknął pan G., ocierając kilka niewielkich kropel potu, jakie wstąpiły mu na czoło.

W ten sposób, dzięki liście oraz nadludzkiemu wysiłkowi pana G. dowiedzieliśmy się kto z kim i w którym pokoju.

- Uwaga do sześciu odlicz- chwila zamętu -jedynki krok do przodu.

W drużynie numer jeden znaleźli się: Łotwa, Finlandia, Prusy, Liechtenstein i Polska. Dostali fioletowe przepaski i kazano im stanąć z boku.

- Dwójki-do przodu wystąpili: Niemcy, Holandia, Dania, Szwecja oraz Austria. Dostali oni żółte przepaski i kazano im stanąć niedaleko pierwszej grupy.

- Trójki -do przodu wystąpili:Ameryka, Rosja, Anglia, Francja i Japonia. Wzięli oni zielone przepaski i ustawili w zasięgu wzroku.

- Czwórki -Grecja, Norwegia, Estonia, Seszele i Ukraina. Białe przepaski.

Piątki -Turcja,Kanada,Chiny,Białoruś i Belgia. czarne

na głównym placu pozostali już tylko Romano,Węgry, Hiszpania, Włochy i Szwajcaria musieli się zadowolić pomarańczowymi.

- Uwaga, są to wasze drużyny do zadań i gier prowadzonych na terenie naszego ośrodka. Za chwilę udamy się na obiad. Pragnę poinformować wa... Prusy ciszej!-wkurzył się animator widząc jak Gilbert drażni Łukasiewicza- kiedy ja mówię ma być cisza! Pragnę was poinformować iż każdy posiłek będzie przygotowywany przez jeden pokój - wrócił do swojego monologu.

- Może to być śniadanie, wtedy trzeba znaleźć się w kuchni punkt siódma rano. Może to być obiad wówczas trzeba być równo o trzeciej albo kolacja - punkt piąta. Jednakże proszę się nie martwić. O wszystkim będziemy informować na bieżąco, a teraz zapraszam na posiłek i życzę wszystkim smacznego.

Po tych słowach ponownie kazał im się ustawić w dwuszeregu i sprowadził do stołówki, gdzie czekały na nich pyszne kotlety mielone z surówką z marchewki i jabłka oraz krychane ziemniaki. Po posiłku mieli nieco czasu wolnego, który mogli spędzić na obejściu ośrodka i jego okolic. Z kartki wywieszonej nad recepcją dowiedzieli się, iż o dwudziestej mają się spotkać ponownie w stołówce.


$


Stali w dwuszeregu, a pan G. mędził na temat zasad. Każda reguła była porządnie przez niego omawiana.

- Nie wolno posiadać żadnych napojów alkoholowych ani ich zażywać bez nadzoru kogokolwiek z personelu. Nie wolno też bla bla bla ani bla bla bla - uwaga Polski była skupiona na panu animatorze tylko wtedy, kiedy mówił on o sprawach go interesujących. W innym bowiem wypadku ulatywała w przestrzeń i szukała sposobu na pozbycie się kłopotliwego współlokatora. -...pierwszy posiłek Prusy Holandia. Osoby gotujące mają się stawiać w kuchni minimum godzinę przed posiłkiem bla bla bla nie wolno bla bla bla nie powinno się bla bla bla bla bla stanowczo zakazuję bla bla bla karanym będzie bla bla bla. A jutro... -nareszcie coś ciekawego- ...kajaki, rowery, zajęcia z resuscytacji...- Co to jest ta cała resuscytacja? A, już wiem, to coś z medycyny i chyba odnosi się do kobiet przed miesiączką. Sumo i strzelanie z łuku -no to rozumiem, pomyślał z radością.

- Po dziesiątej cisza nocna i o tej godzinie każdy ma być już w swoim pokoju. ZROZUMIANO!?-warknął mierząc całą grupę wzrokiem rzeźnika przechadzającego się po owczarni.

- Tak jest panie G.- chórem zawołały narody.

- No, a teraz rozejść się!

Kraje rozeszły się do swoich spraw. Było dosyć zimno, ale mimo to Feliks postanowił wyjść na zewnątrz ośrodka i popatrzeć na gwiazdy. Bez trudu znalazł Wielki i Mały Wóz, Gwiazdę Polarną oraz parę innych mniej znanych gwiazdozbiorów. Leżał na drewnianej, nieco poskrzypującej, pomalowanej na sraczkowaty brąz ławce z zadartą ku górze głową i rozmyślał. Zastanawiał się, dlaczego Litwa z nimi nie pojechał, czy Węgry po tym wypadku na rowerze szybko wyzdrowieje, czemu nie zaproszono na ten wyjazd Czech ani Słowacji i tym podobne. Prawdopodobnie leżał by tak aż do samej dziesiątej, gdyby nie pojawienie się nieproszonego gościa, jakim była pani S. Niska, chuda, wredna blondynka utapirowana jak siedmioletni Michael Jackson, o stalowych oczach i paskudnym wyrazie twarzy. Na oko miała jakieś czterdzieści lat, ale Polska mógł się spokojnie założyć, iż widział ją już kiedyś, jak razem z Prusami rozpoczynała drugą światową.

- A ty czemu nie w ośrodku? Za godzinę cisza nocna!

- Godzina to masa czasu!-burknął- poza tym nie robię nic, czego zakazał pan G.

- Robisz. Punkt piąty paragraf siedem I: „uczniowi - lub w tym wypadku personifikacji - nie wolno po zmroku opuszczać budynku.”

Felek przewrócił leniwie oczami, po czym z nieukrywaną niechęcią wstał i powlókł się w kierunku drzwi, a zadowolona z siebie pani S. potuptała na swych uzbrojonych w szpilki krótkich koślawych nóżkach za nim.

Wewnątrz uderzył go przyjemny podmuch ciepłego powietrza. Postanowił obejrzeć cały ośrodek od środka. Wpierw jednak musiał się pozbyć nadal śledzącej go S. W tym celu udał się do toalety. Toaleta zwana potocznie wucetem albo kiblem, pokoik dwa na dwa metry z przewężeniem pośrodku, za którym znajdowały się dwa pisuary oraz stara jak świat, owinięta taśmą klejącą, aby się nie rozpadła, muszla klozetowa, ustawiona w czymś w rodzaju załomu. W pomieszczeniu panował nieprzyjemny półmrok, nieco rozpraszany przez zwisającą z sufitu dwunastowatową żarówkę. Dzięki jej nikłemu światłu zielonooki zdołał dojrzeć pomazane na różowo, odpadające ze ścian kafelki oraz umywalkę. Znaczy to za dużo powiedziane, że umywalkę. Umywaleczkę a właściwie nawet nie to. Jej funkcję pełniła przyczepiona do ściany spora plastikowa miska z której wychodziła rura od kanalizacji oraz chylący się ku upadkowi zardzewiały kran. Rzeczpospolitą wstrząsnęło, bo o ile u niego w mieszkaniu też większość rzeczy była piździk na gwoździk, o tyle nigdy nie widział tak zapuszczonej łazienki. Wychodząc z owej kiblowej ruiny miał nadzieję, iż u niego w pokoju jest to w ciut lepszym stanie. W korytarzu minął grających w kości Norwegię, Danię i Szwecję. Szedł dalej aż dotarł do sporej sali. Był tam stół do gry w pingponga, zajmowany aktualnie przez Ukrainę i Seszele, i automat z przekąskami, przy którym siedzieli Chiny i Japonia. Nieco na uboczu Romano wyżywał się na Bogu ducha winnym worku treningowym, podtrzymywanym przez Hiszpanię. Pod oknem, okrakiem na wypchanym dziku siedział Prusy, zajadając się kupionymi w automacie czipsami paprykowymi. Polska już miał zawrócić, gdy nagle zobaczył olbrzymie, około dwustulitrowe akwarium z piraniami. Poszedł bliżej i zaczął powoli naśladować przepływające ryby, to znaczy otwierać i zamykać usta niczym świąteczny karp przed pokrojeniem. Fascynacja fauną wodną nie trwała jednak długo, po jakichś dziesięciu minutach znudziła mu się ta zabawa i wrócił do recepcji. Pani recepcjonistki nie było, za to stał tam „pan Józio” i powoli wysączał jakąś tanią, chyba ukraińską, wódkę. Widząc nadchodzącego Polskę schował flaszkę za pazuchę i grzecznie zapytał:

- Czego?

- Niiic - szepnął.

-No czego? - powtórzył wlepiając swoje nieprzytomne spojrzenie w personifikację.

- Nic, po prostu sobie chodzę.

- To chodź sobie gdzie indziej- burknął i ponownie wyciągnął butelkę.

Zniesmaczony jego widokiem Feliks postanowił zwiedzić porządniej górny korytarz. Wdrapał się po schodkach i rozejrzał. Ledwie zdołał uskoczyć przed biegnącym prosto na niego Felecianno oraz goniącym go Ludwikiem. Na wszelki wypadek przełknął ślinę i zaczął iść dalej, co chwila słyszał raz bliżej raz dalej okrzyki różnego rodzaju. Nie znajdując nic ciekawego, poszedł do swojego pokoju. Ku jego wielkiej uciesze wschodniego giganta nie było. Spojrzał na zegarek.

- Za dwadzieścia- mruknął -chyba warto by się umyć.

W tym celu blondyn zabrał do łazienki szampony, odżywkę, mydło, ręcznik, klapki oraz swoją niebieską piżamkę w różowe kotki. Zapalił światło. Pomieszczenie było w nienagannym stanie, w przeciwieństwie do jesieni średniowiecza jaką zastał przy recepcji. Zawiesił ręcznik na jednym z wystających żeber od kaloryfera. Ustawił w karnym rządku szampony i odżywkę, po czym włączył wodę. Niestety, pomimo kręcenia kurkami strumień był nadzwyczaj zimny.

- Co by tu zrobić?- zastanowił się chwilę.

- Już wiem!

Szybko okrył się ręcznikiem i wyszedł z łazienki. Zajrzał do torby, gdzie spoczywała jego bladozielona miska. Właściwie nie wiedział, po co ją zabrał, ale jak raz okazała się przydatna. Zadowolony z siebie już miał wracać, gdy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wparowała Białoruś.

- Gdzie jest Rosja!?

- Na wschodzie-odruchowo odparł blondyn.

- Nie udawaj- w głosie dziewczyny zabrzmiała niepokojąca nutka szaleństwa.

- A bo ja wiem... - chciał powiedzieć jeszcze, że nie jest jego niańką, ale nóż na gardle powstrzymał go od dalszych wymówek.

- Pytałam, gdzie jest mój Rosja?- szeptała prosto do jego ucha.

- A sprawdzałaś w pokoju dwadzieścia trzy? Pewno gra w karty z Francją i Anglią.

Nagle zaległa nieprzyjemna cisza przerywana jedynie szybszymi wydechami Feliksa. Do pokoju wszedł Iwan. Widząc swoją siostrę najpierw zrobił minę, jakby dostał patelnią w twarz, a potem powoli zamknął drzwi. Z dźwięków, jakie można było usłyszeć, RP domyślił się, iż jego współlokator właśnie w tym momencie biegnie w kierunku schodów. Tymczasem zdezorientowana dziewczyna zabrała nóż, a potem śmiejąc się niczym wariatka wybiegła za bratem. Polska upadł na śmierdzącą krochmalem pościel leżącą na łóżku fioletowookiego. Złapał kilka rozluźniających wdechów, po czym poczłapał do łazienki. Szybko się umył i przebrał, po czym umywszy zęby wrócił do pokoju. Rozwiesił ręcznik na jednym ze skrzydeł szafy, a następnie wyciągnął spod poduszki grubą na jakieś trzy palce książkę, ozdobioną finezyjnym tytułem „2586 kroków”. W tym błogim stanie zastał go zdyszany, spocony i umazany szminką białowłosy. Felek nawet nie pytał, nie obchodziły go bowiem stosunki między rodzeństwem. Chłopak bez słowa wziął własne rzeczy do kąpieli i poszedł się myć. Nagły stukot do drzwi wyrwał blondyna z błogostanu.

- Kto tam?

- Animatorzy.

Rzeczpospolita otworzył drzwi, za którymi stał pan K. i pani S.

- Feliks Łukasiewicz? - spytała kobieta wchodząc do pokoju.

- Tak.

- A gdzie Iwan Braginski?

- Myje się.

- Sie, myje sie.- warknęła z wyraźną kpiną w głosie.

- Iwan, daj głos!!!- zaśmiał się Łukasiewicz.

- что!?-furknęło coś z wnętrza prysznica.

- No dobra, to odznaczamy i idziemy dalej - zakomenderował mężczyzna, ciągnąc za sobą wkurzoną karlicę.

- Ale, ale... - nie dokończyła. Polak zamknął za nimi drzwi.

Jakieś pół minuty później wyszedł Braginski.

- Kto to był?

- Animatorzy sprawdzali pokoje - odparł zielonooki nie podnosząc nosa znad lektury.

- Acha, jutro śniadanie na siódmą czterdzieści. Trzeba wcześnie wstać. Polsza, zgaś z łaski swojej światło- poprosił Rusek układając się pod kołdrą.

Felek zgasił światło, a następnie wgramolił się pod pierzynę i szepną:

- ...branoc.

- спокойной ночи - sapnął Wania, przekręcając się na drugi bok.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.