cz.4 - przypadek, не sądzę...


 

Rankiem Iwana obudziło, oprócz delikatnych promieni słońca, okropne uczucie zesztywnienia w okolicach ud. Chłopak otworzył swe wypełnione nieprzeniknioną purpurą oczy. Pierwszym co zobaczył była ściana, mało interesujący widok, a do tego nie rozwiązujący zagadki ścierpłych piszczeli. Rosja uniósł lekko głowę w poszukiwaniu powodu swoich nożnych boleści. Kluczem do owej zagadki okazał się leżący na jego kolanach Rzeczpospolita. Braginski uśmiechnął się pobłażliwie, po czym wyciągnął rękę spod kołdry i delikatnie pogładził go po miękkich, może nieco skołtunionych kosmykach, mówiąc:

- Польша.
Nic.
- Feliks, pora wstać.
Ciche mrukniecie ze strony blondyna, połączone z mocniejszym uciskiem upewniło go, iż nie będzie to takie łatwe. Co by tu zrobić? - zastanawiał się Ruski, coraz dotkliwej odczuwając wściekle pulsujące pod skórą mrówki. Trzeba będzie się uciec do nieco bardziej drastycznych metod.
- Wstawaj, wróg u bram! - zawołał, pewien, iż to zadziała.
I zadziałało, nawet lepiej niż się biedny Wania spodziewał. Feliks momentalnie stanął na baczność pytając:
- Gdzie te szwaby!?
Rosja wprawdzie znał mit o tym, iż obudzony w środku nocy Polska salutuje i pyta gdzie Niemcy, ale nigdy by nie przypuszczał, że to może być w jakimkolwiek stopniu prawdą.
- Nima, miażdżyłeś mi nogi przez sen, przy okazji obśliniając kołdrę – powiedział szarowłosy, spoglądając z niemym rozbawieniem na ciemną, mokrą plamę widniejącą na kołdrze.
Polska ziewnął. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. Kiedy jego spojrzenie dotarło w końcu do nadal przykrytego kołdrą Rosjanina, Feliks zapytał:
- Nie miałeś jakiejś bardziej humanitarnej metody obudzenia mnie, niż wrzask?
- W sumie mogłem Cię jeszcze zdzielić kranem – powiedział jego współlokator, spoglądając na stojące przy łóżku narzędzie tortur - ale uznałem, iż raczej poranna migrena nie będzie Ci służyć, tak więc wybrałem ten sposób. Może być? - zapytał uśmiechając się tak, jak to miał w zwyczaju, czyli niczym małe dziecko chodzące po domu w nocy z tasakiem i krwią na twarzy.
Polska przewrócił oczami, po czym padł na poduszkę.
Dum dum dudum dum durum dum dum dum dum.
- Шопен. Польша, po co zmieniłeś dzwonek na marsz żałobny? - zdziwił się Braginski siadając na kancie łóżka.
- To dzwonek na najcięższy dzień tygodnia – odparł RP.
- Dlaczego poniedziałek wymaga, według Ciebie, marsza żałobnego?
- Gdyż trzeba po pijanym weekendzie wstać rano i walcząc z kacem zająć się obowiązkami.
Iwan poważnie pokiwał głową.
- Faktycznie. Discopolo nijak nie sprzyja leczeniu kaca.
Łukasiewicz ponownie ziewnął, po czym sięgnąwszy ręką pod łóżko wyłączył natrętny budzik, a następnie ponownie padł na łóżko i spróbował usnąć.
Kakalinka Kalinka Kalinka maja.
- Czy to jest jakaś zmowa przeciwko mojemu spokojnemu spaniu!?
- Wątpię – mruknął Rosja zakładając świeże skarpetki.
- Ja pierniczkuję – Feliks wyraźnie się zirytował.
Prędko znalazł szatańskie urządzenie i wyłączył. Westchnął głośno, po czym wstał, podszedł do szafy i zaczął w niej gmerać poszukując jakiegoś w miarę znośnego podkoszulka. Nic więc nie zwiastowało tego, co miało nastąpić w dalszej części dnia.
Uno momento, kto dziś zajmuje się śniadaniem? Polska spróbował sobie przypomnieć napisaną niewyraźnym drukiem rozpiskę. Francja, Anglia, nie, oni zrobili kolację, zielonookim wstrząsnęły dreszcze na samo jej wspomnienie. Czyli teraz Seszele i... (dramatyczna pauza) BIAŁORUŚ! W tym momencie trzasnęły drzwi.
- Wania! - do pokoju wmaszerowała uśmiechnięta od ucha do ucha Natasza - przyniosłam Ci... dlaczego spałeś z moim Iwankiem w jednym łóżku!? - jej miły głos natychmiast zmienił ton na złowieszczo wściekły.
To co dziewczyna zobaczyła, wyglądało naprawdę jednoznacznie. Tak więc jej reakcja była, teoretycznie przynajmniej, częściowo uzasadniona. A co nasza kochana miłośniczka Iwana zrobiła? Otóż rzuciwszy się na bogu ducha winnego blondyna złapała go za kark i zaczęła potrząsać.
- Dlaczego spałeś z moim Rosją!?
- Bo mamy wspólny pokój – wycharczał RP powoli tracąc dech.
Widząc to Braginski został zmuszony do zrobienia czegoś, na co absolutnie nie miał ochoty. Stanął w niedużej odległości od drzwi, a następnie zawołał:
- Jak mnie dogonisz, to Ci dam causa! -  po czym otworzywszy drzwi na oścież, przeleciał od razu pół korytarza, nawet się nie oglądając.
Miał rację i to po raz drugi w ciągu ostatnich dwudziestu minut. Blondyna puściła mdlejącego już Łukasiewicza, a następnie z wojennym okrzykiem wybiegła za nim. Feliks odetchnął z ulgą. Bez celu rozejrzał się po pokoju. Nagle na poszarzałym dywanie dostrzegł coś. Obiekt był mały, czerwony i miał na sobie naszyte jakieś rosyjskie bukwy. Chłopak podniósł ów przedmiot, który okazał się być aksamitną poduszeczką na igły w kształcie serca. Felek szybko odczytał zapisaną na nim sentencję.
- Для окончательного любящей. Беларусь – wyrecytował w zadumie.
Może i dziewczyna była pogięta, ale umiała ładnie szyć. Zielonooki obrócił poduszeczkę na drugą stronę gdzie wyszyto godło ZSRRu. Rzeczpospolitą wstrząsnęły dreszcze, jednak nie umywały się one do tych, których zaznał po wspomnieniu Kirakarowej pasty jajecznej. Delikatnie pomacał serduszko. Było naprawdę przyjemne w dotyku. A gdyby tak je sobie przywłaszczyć? - pomyślał kładąc je troskliwie koło stojącej przy łóżku lampy. Właściwie to czemu nie? Tylko ten napis i flaga... jestem genialny! Dam to Litwie, tylko odpruję ten paskudny sierp i młot, może wtedy nasze stosunki się poprawią, a Braginski z pewnością i tak by się go pozbył. Po cóż więc marnować tak ładną rzecz? - Pomyślał, mimowolnie się uśmiechając.
- Przepraszam, czy jest tu Białoruś? - tok jego myśli został przerwany nagłym wtargnięciem Seszele.
- Nie, poszła się pobawić ze swoim starszym bratem. Powinni być na dole. A co?
- Bo wykonałam wszystko jak mi powiedziała i teraz nie wiem co z tymi wszystkimi blenami, czy jak to tam się zwie, robić.
- No cóż... ja bym na twoim miejscu wywlekł z lodówki dżemy, śmietanę, ser i masło.
- Serio? - dziewczyna przez moment zastanawiała się nad jego słowami.
- No, chyba, że wolisz na słono... - zaczął Polak.
- Nie, nie, nie, Natasza powiedziała, że mam na nią zaczekać albo... - dziewczyna głośno przełknęła ślinę.
W tym momencie z dołu dało się słyszeć głośne:
- Viktoria, wracaj albo Ci łeb ukręcę!
- To Białoruś – ucieszyła się szatynka – pa Feliks! - zawołała znikając w drzwiach.
Polska pokręcił w zadumie głową. Raptem początek dnia, a już ma go totalnie dosyć. Ziewnął, przebrał się do końca. Zamknął drzwi i ruszył wolnym, spokojnym, acz stanowczym krokiem w kierunku stołówki. Przybył nieco za wcześnie, ale dzięki temu mógł sobie spokojnie wybrać miejsce.
~ Tylko gdzie?
~ Stół krajów bałtycko-słowiańskich – prędko podrzucił umysł.
~ Pogięło cię, mam z tym... z tym... debilem jeszcze przy jednym stoliczku siedzieć i rodzinę udawać, jak w ZSRR. Nie ma mowy!
~ Dobra, a może jak raz usiądziesz z Anglią, Ameryką i Kanadą.
~ Kim?
~ Ech... tym chłopcem co z misiem chodzi – postarało się mu wytłumaczyć sumienie.
~ A dla laików?
Gdyby mózg Feliksa był postacią materialną z pewnością zrobiłby teraz klasycznego fejspalma.
~ Dobra, inaczej, od kogo kupujesz syrop klonowy?
~ Od brata, Ameryki.
~ No, i to jest właśnie Kanada.
~ Kapuję, ale z nimi siadać to jak skazywać się na dwadzieścia lat łagrów z wszami na tyłku. Masz jakieś inne genialne pomysły?
~ Kraje starożytne, masz niezłe stosunki z Japonią i Chinami to sobie chociaż o gospodarce pogadacie.
~ Ta, bardzo ich interesuje moja dziura w budżecie. Weź się umysł wysil!
~ Wała! – mózg Łukasiewicza odmówił posłuszeństwa wyłączając się i pozostawiając w jego głowie wielką czarną otchłań.
- Sam sobie jakoś poradzę – szepnął.
- Poradzisz, z czym? - nagle zainteresował się stojący kilka kroków dalej Estonia.
- Nic, nie ważne – RP przewrócił oczami i już miał zamiar usiąść na pierwszym lepszym miejscu kiedy ponownie usłyszał głos Eduarda:
- Ja bym tam na twoim miejscu nie siadał.
- Czemu?
- Berdward bardzo nie lubi kiedy ktoś go podsiada, a sam wiesz jaki potrafi być kiedy się zdenerwuje.
Przez umysł Feliksa przetoczyły się lata 1655 – 1660. Bock miał rację. Lepiej go nie rozjuszać.
- A ty gdzie masz zamiar usiąść?
- Raczej z Łotwą, w końcu ktoś go musi złapać kiedy nagle zasłabnie.
Ta, Estonia taki waśnie był. Kiedy brakło Litwy to on w pewnym sensie się nim stawał. Przynajmniej w oczach małego Ravisa. Oni zawsze będą się wspierać, jak ja i Toris - pomyślał czując nagle okropny ból w okolicach klatki piersiowej. Naprawdę, brakowało mu tego zaszczutego przez los szatyna.
- Feliks, a może jednak usiadł byś z nami? – Nagle zapytał okularnik, a po chwili dodał - W grupie było by nam raźniej.
Felek zrobił minę wielkiego lorda zastanawiającego się nad przyjęciem pod swe skrzydła kolejnego rozżalonego życiem biedaka.
- W sumie... dobra, niech wam będzie – zgodził się przyjmując swój zwyczajowy pewny siebie uśmiech.
Powoli przebyli całą stołówkę, po czym usiedli przy stojącym na końcu sali sporym prawdopodobnie lipowym stole. Skąd wiadomo że lipowym? No cóż... owe drewno ma to do siebie, iż jest bardzo miękkie i łatwo w nim rzeźbić. Na blacie w miejscu gdzie ostatnio siedziała Natasza zostało wyryte serce z charakterystycznym „И + Н  навсегда”. Szkoda, że dziewczyna zamiast jego najle... przepraszam, byłego najlepszego przyjaciela, wolała tego całego Braginskiego. Westchnął i wpatrzył się w walczące ze sobą sroki, które jeszcze kilka sekund temu delikatnie czyściły sobie nawzajem pióra. Z zamyślenia wyrwała go przechodząca niedaleko nich Belgia. Polska szybko zreflektował się i usiadł naprzeciwko Bałta.
- Jak sądzisz, co będzie na śniadanie?
- Wiem od Seszele, że bliny, tylko za Chiny nie wiem z czym.
Personifikacje powoli schodziły, czy też może raczej złaziły się na posiłek z prędkością stuletniego żółwia, niosącego na swym grzbiecie piętnaście tłustych i leniwych legwanów.
Rozmowa z Estonią niezbyt się kleiła i była rozwijana głównie na tematy oprogramowań oraz układów scalonych. Kiedy wreszcie do ich stolika doszli Iwan z Ravisem, Polska poczuł niekontrolowaną wdzięczność. Miał bowiem generalnie dosyć ciągłego gadania okularnika i zachwycania się systemem zero jedynkowym, cokolwiek miało to oznaczać. Łotysz usiadł obok Estończyka chcąc być jak najdalej od Rosjanina, a tymczasem jedyne miejsce, które nie znajdowało się przy Feliksie zostało zajęte przez prawie spóźnioną na posiłek Olenę. Blondyn z niechęcią przyjął narzucone mu przez los stanowisko. Nie całą minutę później, swoje miejsca zajęli również i animatorzy, tym samym rozpoczynając wydawanie posiłków. Kraje spokojnie podchodziły do okienka, czekały aż Viktoria złapie lecące od Nataszy placki, położy na talerz, sięgnie ręką po dżem, napaćka go na oko trzy stołowe łyżki i wyda posiłek. Komuś jednak sprzykrzyło się czekanie, i chcąc skrócić czas nakładania, przysunął dżem bliżej uwijających się jak w ukropie dziewczyn. Seszele za wcześnie się odwróciła dostając w twarz lecącym od Białorusi plackiem i przypadkowo trąciła odchodzącego od okienka Anglię w momencie kiedy tuż obok niego szedł Francja. Francis oberwawszy w twarz, przefiknął się na krześle popychając duński topór, który z metalicznym hukiem zwalił się na rączkę od węgierskiej patelni, a ta poszybowawszy w powietrze omal nie zabiła idącego po dokładkę dżemu Feliciano. Szatyn z przerażenia wskoczył na ramiona stojącego bok niego Niemca, przypadkiem kopiąc wracającego od okienka Gilberta, który straciwszy równowagę niechcący podciął pana G., a ten z łoskotem zwalając się na ziemię złapał za dwa obrusy zrzucając jednocześnie wszystko co się na nich znajdowało. Wściekły, że nie zdążył zjeść Romano odepchnął próbującego go uspokoić Hiszpana, podczas gdy naśmiewający się z utraty posiłku Turcja dostał w zęby od Heraclesa. Sadiq odsunął się wpadając na idącego po bliny Iwana, a Fernandez wpadł od tył na Feliksa łamiąc przy okazji jedną z nóg stojącego obok nich stołu. Skutkiem czego Rosja miast dostać pełny pakiet placków, dostał leżącego na nim pokotem Polskę.
- Czy to nie za blisko? - zapytał Wania, wpatrując się w leżący na nim słodki ciężar.
- Daruj sobie – Łukasiewicz spróbował wstać, jednak przygniatający mu nogi Carriedo nie wyglądał za dobrze, nadal będąc przewalonym zepsutym meblem.
- Wygląda na to, że będziemy musieli tak sobie jeszcze chwilkę poleżeć – westchnął Ruski delikatnie gładząc kuzyna po nie uczesanych, aksamitnie złocistych włosach.
- Wara – szczeknął zielonooki, próbując ugryźć, chyba zadowolonego owym incydentem, współlokatora.
Dlaczego jego włosy są aż tak przyjemne w dotyku, i jeszcze ten zapach. Co się do czorta ze mną dzieje, przecie nie jestem homo, ale nie mam też obiektu wzdychań jak większość hetero. Kurcze, czemu czuję się taki szczęśliwy? - myśli jak strzały przeszyły mózg byłego sowieta, natychmiast zakańczając frywolną zabawę w fryzjera.
W reszcie ktoś rozsądny podniósł stół, chociaż może przesadziłam z tym rozsądny, nad leżącymi ni stąd ni zowąd pojawiła się zaniepokojona zamieszaniem W. Natychmiast podniosła otumanionego Antonia i umożliwiła dalszą część śniadania. Chłopcy podnieśli się z ziemi otrzepali i zaczęli zbierać leżące tu i ówdzie sztućce. Zakończenie posiłku odbyło się jakieś pół godziny później.

$

- Ale super! Idziemy na park linowy! - ekscytował się Ameryka skacząc wokół Pani T. niczym mała, wkurzająca pchełka.
- Alfred nie biegaj, bo się spocisz! - skarcił go Arthur.
- Oj nie przesadzaj, młodzi czasami muszą się wyszaleć – mruknął Francja, delikatni szczypiąc wkurzoną brew w jego zacne, angielskie cztery litery, wywiązując tym samym kolejną współlokatorską kłótnie.
Rudowłosa przewróciła oczami i łypnęła na idącego na końcu grupy K., muszącego wysłuchiwać rzucanych między Prusami, a Feliksem inwektyw.
W końcu po męczących dwudziestu minutach leśnej drogi, dotarli na sporą otoczoną wiekowymi brzozami polanę. Masa: lin, wiszących mostków oraz innych tego typu atrakcji na wysokościach z pewnością przyprawiło by niejednego o zawrót głowy.
Animatorzy szybko wydali każdemu z uczestników sprzęt, po czym kazali im się ustawić parami, takimi jak do resuscytacji. Polska przewrócił oczami. Właściwie to za co go to wszystko spotkało, co on biedny blondynek takiego złego zrobił, że musiał po raz kolejny znosić tego...
A tak w ogóle, to po co ja się na niego tak wściekam? Przecież to nie on wybierał - Feliks zgłupiał, najwyraźniej jego umysł, nadal był na niego obrażony i nie pozwalał nawet na tak prozaiczne myśli jak obrzucanie Iwana błotem. No trudno, zielonooki w końcu stanął koło kolegi z jakimś niewyraźnym grymasem na twarzy, przypominającym nieco zdegustowanego schwytaną ofiarą lwa.
- Dobra, chodzicie po parku parami i pomagacie sobie nawzajem. Pamiętajcie, aby zawsze co najmniej jeden karabińczyk był przypięty do drzewa. Reszta należy do waszej dowolnej interpretacji – rzekł K.
- Widzimy się tutaj z powrotem za około czterdzieści pięć minut. Każde spóźnienie równoznaczne jest z trzydziestoma pompkami na palcach! - zawołała za odchodzącymi T.
Właściwie nikt nie zwrócił na to uwagi, ale słowo się rzekło i niektórzy nerwowo spojrzeli na zegarki. Śliniący kołdrę szybko znalazł jakieś dosyć wysokie drzewo oznaczone do wspinaczki i zaczął się na nie wdrapywać. Po dwóch minutach mordęgi, jego tyłek znalazł się na wysokości oczu stojącego obok niego chłopaka.
- Feliks może Cię podsadzę, to wejdziesz na platformę i ruszymy dalej – zaproponował, patrząc na przerywane co chwila głośnym sapaniem próby dosięgnięcia podestu.
- Sam dam sobie... - nie dokończył, mięśnie okazały się być za słabe i biedny wielbiciel paluszków zawisł na przypiętych do stalowych lin karabińczykach.
Teraz mieli oczy na równym poziomie.
- Może jednak przydała by mi się maleńka pomoc – mruknął pod nosem zielonooki.
- Nie słyszę – powiedział wyższy Słowianin teatralnie nadstawiając jedno ucho.
- Mówię żebyś mi pomógł, pacanie! - wydarł się poirytowany całą zaistniałą sytuacją Polak.
Szarowłosy uśmiechnął się po swojemu, a następnie sam zaczął się wdrapywać na drzewo. Chwila moment i obydwaj stali na drewnianej platformie, od której prowadziły dwie drogi. Jedną z nich był dziurawy mostek, a drugą coś na kształt wielkiej siatki. Zgadnijcie, którą drogę wybrali. No oczywiście ze dziurawy mostek, bo któż normalny poszedł by bezpieczną siatką. Deski niemiłosiernie skrzypiały pod rosyjskimi butami, jednak jak na złość żadna nie miała ochoty się złamać. Po krótkiej chwili znaleźli się na kolejnym podeście tym razem nie było innej drogi jak chuśtnięcie się na grubej, chyba okrętowej, linie. Iwan poszedł pierwszy. Bez trudu przeskoczył i oddał sznur Felkowi. Odległość okazała się być jednak większa niźli biedny zielonooki przypuszczał. Zabrakło mu do bezpiecznego buku zaledwie trzech centymetrów. Teraz biedaczek wisiał pośrodku rozpaczliwie trzymając się plastikowych zwojów.
- To jest już chamstwo! - zawołał huśtając się w przód i w tył, aby chociaż w ten sposób móc dostać się na któryś z drewnianych pomostów.
Jego metoda okazała się być całkiem skuteczna i Rosja, choć bardzo chciał, nie musiał mu pomagać. Chłopcy w ciągu wyznaczonego czasu zdążyli obejść cały dostępny teren ponad dwa razy, za każdym razem przystając nad linową rozpadliną.
Kiedy w końcu, łazikowanie zostało zakończone, sprzęty oddane animatorom, a pompki wykonane (Ameryka spóźnił się z Anglią ponad 5 minut) można było ich spokojnie zaprowadzić na kolejną część porannych zabaw, jaką okazał się być paintball.
Tym jednak razem drużyny zostały podzielone nico inaczej. Dwójki razem z jedynkami utworzyły jedną grupę, a trójki z piątkami drugą. W całej grze chodziło głównie, o to aby oberwać jak najmniejszą ilość razy.
- Zrozumieli, do linii czerwonych wstążek. Poza nią, nie ma gry! - darła się S. kompletnie nie zwracając uwagi na podśmiewających się z niej panów T. oraz G. - a poza tym... - nagle olbrzymia odziana w skórzaną kurtkę łapa zatkała jej usta.
- Dobra, chyba wystarczy wam tych wskazówek. Punkty kontrolne wiecie gdzie są, możemy zacząć grę – powiedziała W., nadal nie wypuszczając ze swojego żelaznego uścisku biednej karlicy, która po minie sądząc, miała najwyraźniej ochotę ją jak najszybciej zakatrupić.
Personifikacje miały niecałe piętnaście minut na rozejście się po terenie, na którym miała toczyć się późniejsza batalia. Gra rozpoczęła się szybko i równie szybko skończyła. Potem była druga runda. Rosja ze względu na nazbyt bliską obecność Białorusi przesiedział większość czasu w jednym z bunkrów. Natomiast Polska, dorwawszy Anglię, wymalował mu na plecach ładnego różowego konika.
Po porannych rozgrywkach był pyszny obiad składający się głównie z różnego rodzaju pierogów. Feliks podczas owego posiłku jak nigdy przedtem wziął sobie solidną dokładkę, a potem jeszcze jedną i kolejną. Najadłszy się do syta, postanowił wrócić do pokoju. Bezmyślnie mijając recepcję, spojrzał na wywieszoną, zapisaną koszmarnym pismem kartę, z której jasno wynikało, iż ma ponad dwie godziny wolnego. Uradowany ową dobrą nowiną, wszedł na piętro. Otworzył drzwi, a następnie walnąwszy się ni w pięć ni w dziewięć na łóżko, zaczął czytać kolejny tom z serii „przygody Jakuba Wędrowycza” o wdzięcznym tytule „Weźmisz czarno kure”. Czytał i czytał. Nie był się w stanie oderwać od lektury. Ciekawość go zżerała, kiedy przeczytał, że Józef krył coś przed Jakubem pod stodołą. Kiedy jednak doszedł do końca rozdziału nagle z jakiegoś powodu zachciało mu się opuścić, przyjemny pokój i zejść na dół, do sali, w której stał wypchany dzik oraz automat z batonami. Po drodze nikogo nie widział. Ośrodek szumiał przenikliwą, nieprzyjemną dla ucha ciszą. Powoli obszedł recepcję, spodziewając się zastać niedaleko niej chociaż odsypiającego dzień poprzedni dozorcę. Niestety, nawet jego gdzieś wywiało. Przebył korytarz i stanął na progu. Wszystko było jednak całkiem zwyczajne. Chłopak wzruszył ramionami. Przesunął zagradzający kolejne drzwi, stół do pingponga, po czym przekręciwszy klamkę, raźnym krokiem wszedł do sali z krosnami. Wszystko wyglądało tak jak ostatnio. Maszyny do szycia, miary krawieckie, krzesła, stoliki, komputer, materiał... chwila moment, komputer?! Skąd on się tu wziął? Zaciekawiony nowym przyrządem Polak, podszedł i usiadł na krześle, a następnie kliknął na oślep pierwszy lepszy klawisz, który wydawszy głuche Biiiip, spowodował nagłe uruchomienie się maszyny. Na ekranie pojawiło się kilka napisów w niezrozumiałym dla niego języku. Chcąc się ich pozbyć kliknął kolejnych kilka przycisków. Bum, bim, bim -  szczęknęły klawisze i naraz wszystkie znajdujące się w salce meble zniknęły, a on sam razem z komputerem znaleźli się naprzeciwko czegoś w rodzaju sceny.
- Doooobra, zobaczymy co mogę z tym zrobić – powiedział zacierając ręce.
Tym razem pozwolił sobie kliknąć więcej niż cztery guziki. Zwyczajnie zaczął walić na oślep po całej klawiaturze i nim się spostrzegł maszyna po prostu, zwinęła się w maleńką kosteczkę, a obok niego wyjechała dziwna, pełna niebieskiego napoju, szklanka. Feliks obwąchał nieufnie  paskudztwo, podczas gdy całą salę wypełniła przyjemna, obłożona dobrze wyczuwalnym rytmem muzyka, a po ścianach zaczęły latać świetlne zajączki. Jego krzesło, oraz blat stołu wraz z drinkiem zidentyfikowanym jako „kamikadze” obróciły się o jakieś 60 stopni w lewo, ukazując wchodzącego na scenę tancerza. RP nawet nie zauważył, kiedy niezbyt wygodne, koślawe krzesło stało się szerokim, blado czerwonym fotelem, który wraz z każdym krokiem artysty ku głównej scenie powoli obracał się z powrotem. Zarówno tancerz, jak i jego estrada, z nieznanych Feliksowi przyczyn zasnuł gęsty, pachnący deszczem opar. Kiedy dymna kurtyna w końcu opadła, Łukasiewiczowi ukazał się widok przedziwny. Na pustej scenie, prócz wysokiej stalowej rury, stał Rosja w swoim tradycyjnym, beżowobrązowym mundurze oraz kocich uszkach. Miał długie czerwone spodnie wpuszczone w czarne oficerki. Chłopak filuternie zarzucił sobie jeden z końców szalika na plecy i zaczął tańczyć w rytm muzyki. Jedną ręką trzymając rurę zrobił z ze swojego ciała coś w rodzaju fali, a następnie złapawszy się pręta obiema rękoma podskoczył i uniósł się do góry, robiąc jednocześnie szpagat. Splótł nogi, zerwał z siebie płaszcz obnażając nagą klatę piersiową. Polska wybałuszył oczy i na wszelki wypadek wypił nieco, ze stojącej obok niego szklanki. Tymczasem Iwan zrobił jeszcze kilka obrotów, po czym rzucił płaszcz gdzieś na podłogę, pozostając tym samym w gryzących po oczach carskich spodniach oraz butach i szaliczku. Feliks nie był w stanie oderwać wzroku od dziejącego się, zaledwie kilka kroków od niego, widowiska.  W pewnym momencie występu miał wielką ochotę wsadzić kuzynowi pęczek banknotów za pasek, jednak nie posiadając owego towaru po prostu zajął się patrzeniem. Braginski stanął na rękach i ponownie zrobił szpagat, a następnie pozwoliwszy zadziałać prawom grawitacji ponownie znalazł się na deskach estrady. Pokręcił biodrami, znów złapał rurę, po czym zgiąwszy się w pół bez mrugnięcia okiem zerwał spodnie. Przez resztki przyzwoitości, blondyn powiódł wzrokiem za lecącym gdzieś w bok materiałem. Ruski zmarszczył brwi i ponownie zawisł na rurze. Wyciągnął uzbrojoną w ciężki carski but, nogę, po czym delikatnym ruchem kostki odwrócił jego głowę w stronę sceny.  Przekręcił się i zjechał całkowicie na dół, po czym ukłoniwszy się zeskoczył z podestu. Złapał zielonookiego w pół, a następnie przerzuciwszy go sobie przez ramię, wyniósł z salki i zawlókł na piętro. Wyrzucił uszka byle gdzie, a potem rzucił zdziwionego, owym zajściem, Polaka na łóżko. Zielonooki spuścił głowę i zamknął oczy.
Nagły delikatny ciężar ruskiej dłoni na głowie, która ponownie zmierzwiła jego złociste kosmyki spowodował napływ zimnych dreszczy. Rosja odsunął, kryjącą twarz, grzywkę. Felek otworzył przerażone oczy by w efekcie zobaczyć wpatrujące się się w niego piękne płonące ametystowymi płomieniami ślepia współlokatora.
- Już myślałem, że nie wstaniesz – powiedział zabierając rękę i uśmiechając się tak przyjaźnie jak tylko potrafił.
Trochę mu nie wyszło, wielbiciel paluszków był w stanie przed zwałowym i ciężko dyszał.
- Wiesz, która jest? - kolejne słowa Iwana pozwoliły mu się ocknąć z szoku.
- N-nie, która?
- Wpół do.
Łukasiewicz nagle oprzytomniał. Zerwał się z posłania i w morderczym pędzie zaczął grzebać w szafie.
- Польша.
Chłopak szuka czegoś w torbie.
- Польша.
RP wpycha ubrania do swojego wściekle czerwonego plecaka.
- Польша.
Słowianin nie zwracając uwagi na kolegę wpada do łazienki, po czym wybiega z niej niosąc w ręku mydło oraz ręcznik.
- Польша – Wania ma dość ignorowania go, łapie więc kuzyna za koszulkę, po czym zaciąga go do łazienki i stawia przed lustrem.
- Co? - dziwi się blondyn widząc dwie czerwone strużki wypływające z jego własnego nosa – o, karwia...
- Próbowałem Ci powiedzieć, ale mnie nie słuchałeś. Co takiego ci się śniło?
Przed oczami byłego PRL'u ponownie stanął tańczący na rurze prawie nagi Iwan.
- Ech... kotki.
- Kошки, кошки są słodkie, ale jak się robi ich za dużo, to się je w jeziorku albo we rzeczce topi – Rosja znowu przybrał swój tradycyjny, przerażająco dziecinny wyraz twarzy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.