cz.6 - Nie kombinuj jak koń pod górkę.
Ostre światło z niezasłoniętego okna oraz miarowe trzeszczenie w rurach musiały w końcu spowodować obudzenie się wtulonego w zwitek pościeli Łukasiewicza. Chłopak bez większego entuzjazmu podniósł się do siadu, ziewnął, a następnie rozejrzał po pokoju. Iwan nadal leżał, cicho pochrapując. Zabawnie wyglądał kiedy spał. Jak taki wielki, włochaty bernardyn opatulony w szal koloru spranego indygo – pomyślał z nostalgią – ale i ten spokojny gigant, jak dobrze pamiętał, potrafił zmienić się w ujadającego szkarłatem pitbulla. Poczuł więc nasz drogi RP znaczącą odrazę do poprzednich myśli i począł sobie na palcach wyliczać krzywdy, jakich od niego zaznał. Ledwie minęła mu w głowie pierwsza połowa osiemnastego wieku, a już miał szczerą ochotę wziąć i po prostu zadusić współlokatora jego własnym szalikiem. Niestety, w tamtej chwili ozwało się głośne pukanie do drzwi. Zły, że mu przeszkodzono, delikatnie nacisnął na klamkę, gotów wydrzeć się na osobnika stojącego za drzwiami.
- Cze... - urwał na widok karlicy.
- Ubierzcie się tak, jak na prace w polu – warknęła, przeszywając blondyna swoimi, przypominającymi ołowiane kulki, oczami.
- Aha – blondyn z miną mówiącą „WTF” na wszelki wypadek przytaknął, po czym zamknął drzwi.
Kolejne kilka sekund trawił usłyszane chwilę wcześniej słowa.
- Prace w polu? - zapytał szeptem ciszy.
Wzruszył ramionami. Chyba chodziło jej o coś wygodnego – pomyślał gmerając w szafie – a nawet jeśli nie, to w broszurze nic nie pisali o jakiejkolwiek pracy. Może więc się zwyczajnie przesłyszałem – przerwał rozważania zakładając swoją ulubioną ciemnogranatową podkoszulkę. Cichcem zamienił również wygodne spodenki od piżamy na dżinsy. Zaszedł też do toalety, celem użycia dezodorantu oraz opróżnienia pęcherza, bo jak by nie patrzeć, nawet personifikacjom czasami zachciewa się siku. Opuścił pokój jakieś pięć-sześć minut później. Wolnym krokiem przemierzył pusty korytarz. Dlaczego właściwie teraz na nim był zamiast w spokoju ducha jeszcze się nieco pogrzać pod wełnianą pierzyną? Odganiał takie myśli. Nazbyt pragnął teraz spokojnej samotności. Musiał w końcu wymyślić gdzie usiąść, aby nie musieć patrzeć w twarz znienawidzonemu fioletowookiemu. Nadal jeszcze nieco śpiący podążył w kierunku sali ze stołem do pingponga. Po drodze zobaczył leżące tu i ówdzie strzępki szaro-czarnej sierści oraz w kilku miejscach ślady krwi. Wszystko to prowadziło do wspólnego pokoju pani S. i W. Chłopak był jednak zbyt śnięty, aby cokolwiek na tej podstawie wydedukować. Zawrócił więc do stołówki. Pragnął zobaczyć, jak idzie amerykańskiemu rodzeństwu przygotowywanie śniadania. To co Jones zrobił, mocno go zaskoczyło. Otóż razem z bratem wystawił jeden ze stołów na środek, a następnie poustawiał na nim wszystkie swoje ulubione sposoby na śniadanie. Czego tam nie było! Feliksa na sam widok odrzuciło dwa metry do tyłu. Nie spodziewał się bowiem aż takiej obfitości. A do tego te zapachy kiełbasy połączonej z naleśnikami i spalonym mlekiem. Boże, jak on w tamtej chwili dziękował losowi, że nie dostał tego idioty do pokoju. Z trudem przełknął ślinę, po czym zbliżył się do stołu, aby móc się lepiej przyjrzeć wystawionym na nim specjałom. Od razu jego uwagę zwróciły tosty z białym serem i dżemem wiśniowym. Bez większego oporu naładował sobie na,zabrany chwilę wcześniej z parapetu talerzyk ze dwie takie kanapki, po czym dołożył jeszcze po jednej z serem i szynką. Zadowolony, z pełnym naręczem jedzenia, usiadł koło zajadającego płatki z mlekiem Norwega. Byli oni, poza Kanadą i Ameryką, jedynymi krajami, które tak wcześnie zwlokły tyłki z pościeli i postanowiły łaskawie zejść na śniadanie. Niebawem jednak do posiłku dołączyła i reszta krajów nordyckich. Szczerze mówiąc Felkowi ciężko było siedzieć tuż obok kręcącego się niczym bączek Danii oraz wytrzymywać oszklone spojrzenie Berwarda. Polska pragnął jak najszybciej pozbyć się leżących na talerzu kanapek i czym prędzej usiąść gdziekolwiek indziej. Niestety jego chytry plan pokrzyżował dzban pełen herbaty, który ni z tego ni z owego stanął na samym środku blatu. Kurcze, czemu musieli dać na stoły napoje? Tak to bym się spokojnie pod pretekstem pójścia po coś do picia przesiadł. A tak, figa z makiem – pomyślał nalewając sobie pół szklanki liścianego naparu. Całe śniadanie upływało we względnej ciszy, do czasu pojawienia się kadry. Nagle drzwi jakby wyważone nogą rozwarły się i stanął w nich olbrzymi, czarny, szczerzący upaćkane pianą zęby wilk. Dwa pierwsze stoły monetarnie zmieniły swoje miejsca. Zwierz sprężył się i już miał się rzucić na najbliżej siedzących, gdy powstrzymało go dosyć silne szarpnięcie w tył.
- Waruj – warknęła W. wkraczając jako pierwsza do zbaraniałej stołówki – chodź Udręka – mruknęła ciągnąc kundla za sobą.
Jak gdyby nigdy nic podążyła w kierunku stołu dla animatorów, po czym przywiązawszy sukę do kaloryfera, poszła nałożyć sobie jajecznicy, a zwierzakowi przywlec nieco kiełbasek oraz wodę w misce. Wszyscy obserwowali te na pozór zwyczajne czynności z wielkim napięciem, wynikającym zapewne z samej obecności w ośrodku zwierząt innych, niż pływające w sąsiedniej sali ryby. Niebawem do czarnowłosej dołączyła i reszta kadry. Prędko zjedli śniadanie i kazali w ciągu dwudziestu minut stawić się na parkingu. Personifikacje bez większych protestów powlokły się do swoich pokoi, aby zabrać ze sobą tak niezbędne urządzenia jak telefony komórkowe, smartfony czy co zamożniejsi tablety. Feliks do szczęścia i względnego spokoju potrzebował jedynie słuchawek. Przechodząc koło recepcji przypadkiem usłyszał rozmowę pana K. z panem G.
- Czyli, że przyjadą i wymienią to wszystko podczas naszej nieobecności? - upewniał się brunet.
- Podobno mają TO zamiar zrobić w ciągu niecałych siedmiu godzin, a w najgorszym wypadku dziesięciu. Zmechanizują co trzeba i będzie git – uśmiechnął się niższy z mężczyzn.
- Oby tylko przy okazji niczego partacze nie uszkodzili.
- Co mieli by uszkodzić? Skąd u ciebie zawsze takie pesymistyczne myślenie...
Reszty Łukasiewicz nie usłyszał. Był nazbyt zafascynowany obandażowaną dłonią blondyna. Szybko minął braci i zniknął na górnym korytarzu. Kiedy wszedł, Iwan siedział na łóżku i majstrował coś przy jego komórce. Zauważywszy to zielonooki wyrwał mu maszynkę z ręki. Na ekranie pojawił się wielki napis „Empty” i telefon najzwyczajniej w świecie się wyłączył. Chłopak był wściekły, ale bynajmniej nie myślcie, iż Rosja zrobił to specjalnie. Wręcz przeciwnie, pragnął włączyć go do zasilania, ale właśnie w tamtym momencie wszedł Feliks. Tak więc Braginski nie miał za co przepraszać. Co Polak uznał za ewidentne przyznanie się do winy.
- Zadowolony!? - warknął, ciskając sprzętem elektronicznym w zdziwionego jego reakcją Rosjanina.
Fioletowooki nic nie odpowiedział, a wściekły niczym stado szerszeni RP natychmiast wymaszerował z pokoju. Federacja Rosyjska nawet nie miał zamiaru mu się tłumaczyć, zresztą i tak to nie miałoby sensu. Kiedy Rzeczpospolita był wściekły, do jego umysłu nie trafiały absolutnie żadne słowa. Chłopak chyłkiem minął Szwabską brać i wyszedł na dziedziniec, po czym usiadł na ławce i wpatrzył się w wymalowane na głównych drzwiach grafiti.
- Czemu tu siedzisz-aru? - spytał go jakiś cichutki, ledwie słyszalny głos.
- Rosja rozpiżdżył mi komkę – burknął były PRL.
- Masz ochotę? – Chiny zawsze miał coś dobrego do jedzenia.
- Mhm – Feliks wyjął z torby jedno z ciasteczek z wróżbą, po czym rozłupawszy je odczytał zapisek – „W ciągu najbliższych dni odnajdziesz swoją bratnią duszę” e tam, brednie – chłopak zmiętolił papier i wyrzucił do kosza, a następnie zajął się pałaszowaniem mącznego opakowania.
- Skąd wiesz, że to nieprawda?
- No proszę cię, a w kim miałbym się niby zakochać? W tłukącej wszystkich patelnią Węgry, czy duszącej cyckami Ukrainie...
- Cóż, mój szef powiedział by, że: „masz bardzo wąskie horyzonty”, ale ja powiem tylko, abyś się pospieszył-aru. Za dwie minuty musimy być na parkingu – powiedział Chińczyk, podnosząc się z miejsca i idąc ku płycie parkingu.
Blondyn westchnął głośno, po czym ruszył w ślady kolegi.
Niebawem znów ustawiono ich w szeregu, przeliczono i zapakowano do autokaru. Animatorzy chyba się kłócili z kierowcą, gdyż żadnego z nich jeszcze w pojeździe nie było. Głośne wrzaski przykuły myślącego o niebieskich migdałach zielonookiego do szyby, za którą wymachując smyczą Pani W. usiłowała wyperswadować coś kierowcy. Jak załączony obrazek pokazywał, całkowicie bezskutecznie. W końcu sprawa sama się wyjaśniła kiedy przypadkiem kierowca się poślizgnął i wyłożył na wąziutkich schodach, widząc w tym swoją szansę animatorka przeszła nad nim wnosząc do maszyny związaną niczym baleron wilczycę. Pan „Józio” machnął na czarnowłosą ręką, podniósł się z klęczek i postanowił odpalić silnik. Miał bowiem tej kobiety serdecznie dość. Pani W. przyuważywszy, iż koło Feliksa jest wolne miejsce, natychmiast je zajęła, po czym ułożyła wilczycę na podłodze i udając, że nic się nie stało, zaczęła uciszać drącego się na cały regulator Danię. Potem przez jakiś czas panował niezły zgiełki kiedy w końcu maszyna powoli acz stanowczo wyjechała za bramę ośrodka, ponownie unosząc ze sobą narody w nieznane im miejsce w końcu udało się ich jako tako spacyfikować. Głośne: Alfred pogrzało cię!? Oraz zapach dymu podziałały na seledynooką jak lep na muchy. Kobieta szybko opuściła miejsce i ruszyła ku tylnym siedzeniom, celem skonfiskowania otwartej podczas jazdy zapalniczki marki „Zippo”. Tym czasem dotąd praktycznie się nie poruszająca suka oraz przyciśnięty do okna blondyn zostali całkowicie sami. Udręka widząc, iż jej pani chwilowo jest nieobecna delikatnie uniosła związany grubą smyczą pysk i ułożyła go na polskich kostkach, wydając przy tym charakterystyczne dla psów skomlenie o odrobinę pieszczot. Chłopak mimowolnie dał się wciągnąć, cały czas obserwując jej cudownie, złote, lekko przymrużone oczy.
- Czyżby to była ta miłość z wróżby? - spytał szeptem zwierzaka, który odpowiedział tylko delikatnym potrząśnięciem obrośniętego czarnym, aksamitnym futrem łba.
- Wiedziałem - mruknął miziając sukę po brodzie – te wszystkie ciasteczka i inne wróżby to zwykłe zabobony...
- O, widzę żeście się już zaprzyjaźnili – powiedziała, wychylająca się zza fotela animatorka.
- A, tak jakoś wyszło - uśmiechnął się zielonooki.
- Chyba już się z tym miejscem oswoiła – powiedziała czarnowłosa delikatnie rozplątując związaną na supeł smycz.
Sunia momentalnie ożyła, przeleciała się wzdłuż autokaru, po czym wróciła i ułożywszy się swojej pańci pod fotelem, grzecznie usnęła. Teraz zupełnie nie przypominała ani straszliwego, leśnego potwora, ani tym bardziej wściekłego mordercy jakim była przy śniadaniu. Była zwyczajna, może nawet trochę pluszowa, kiedy tak spokojnie odsypiała nocne przygody. Po około półtoragodzinnej jeździe autokar wjechał na teren stadniny konnej. Wbita przy bramie tabliczka obwieszczała „Serdecznie witamy w ośrodku jeździeckim Biała Bestia”. Polska wyraźnie się ożywił, dostrzegłszy stojące na padoku konie.
- Wysiadamy! - zawołał gromko pan G.
Wszystkie zaspane, śnięte lub nie do końca kojarzące co się dzieje kraje powoli wytoczyły się smętną lawiną przez otwarte drzwi pojazdu, po czym ustawiwszy się we względnym szeregu, pozwoliły łaskawie kadrze na przedstawienie planu dzisiejszego jakże słonecznego dnia. Naprawdę owego poranka było nadzwyczaj ciepło, a z tego co pisali na różnych stronach meteorologicznych wynikało, iż to dopiero początek.
- Uwaga, znajdujemy się na terenie stadniny. Jest więc absolutnie zakazane drażnienie koni oraz podchodzenie do nich od zadu. Resztę wytłumaczy wam pani W. - powiedział oddając pałeczkę seledynookiej.
- Dobra, kraje umiejące dobrze jeździć konno na prawo, reszta na lewo.
Jak na zawołanie powstały dwa obozy, łamagi i jeźdźcy.
- Super, super, ale Nataszkę proszę do pani T – dziewczyna z widoczną niechęcią wykonała rozkaz instruktorki.
- Ok, teraz odliczyć do dwu, jedni i drudzy – dzięki owemu rozkazowi czarnowłosa uzyskała w sumie cztery prawie równe drużyny.
- No i fajnie, teraz tak, ja i pan T. jedziemy z drużynami umiejącymi jeździć w teren, a reszta gra w podchody, ale wpierwych parami przygotujcie sobie konie. Zwierzęta znajdziecie na pastwisku za stodołą. Macie je wyczyścić i osiodłać. Wszyscy wszystko wiedzą? No to do dzieła! - zawołała spuszczając Udrękę ze smyczy.
Kraje rozeszły się do swoich obowiązków.
- Feliks, pomożesz mi osiodłać konia?
- A mi?
- I mi też?
Zielonooki momentalnie został otoczony przez kilka pragnących jego pomocy krajów, takich jak: Węgry, Francja czy Anglia. Wszyscy bowiem doskonale wiedzieli, iż Polska ma świetną rękę do koni. Za idącymi w stronę zagrody z cichym skomleniem pobiegła również i wilczyca, a za nią klnąc na leżące tu i ówdzie końskie gówna szedł pan T. oraz pani W. cały czas pilnująca wzrokiem swojego nowego nabytku. Nieopodal pastwiska stała siodlarnia z na oko dwudziestoma boksami. Personifikacje w mig wybrały sobie po miękkiej oraz twardej szczocie i ruszyły na podwórko celem wyczyszczenia umorusanych błotem wierzchowców. Po wejściu do zagrody dopiero okazało się, jakież to zadanie dostali. Siedemnaście pięknych rumaków o różnorakich maściach stało lub leżało obok siebie nieprzyjaźnie strzygąc uszami. Ledwie personifikacje przeszły przez płot, a już rozpoczęło się nerwowe poszukiwanie drogi ucieczki. Prusy stanął przed dwiema pięknymi klaczami. Jedna była śnieżnobiała z tysiącami niewielkich czarnych łatek, natomiast druga jednolicie brązowa, nerwowo zaczęła grzebać jednym z przednich kopyt.
- No ślicznotko - powiedział do kasztanki – to co, weźmiesz niesamowitego mnie na swe śliczne plecki? – kobyła przecząco pokręciła głową, widząc, iż zbliża się do niej zupełnie inny jeździec.
- Spadaj Gilbert, ona jest moja – powiedziała Węgry, zabierając albinosowi zwierzę sprzed nosa.
Prusy westchnął głęboko po czym zajął się czyszczeniem łaciatki. W sumie to nawet się cieszył, gdyż szczerze nie umiał się między nimi zdecydować. Kiedy Feliks wszedł do zagrody, naraz wypatrzył iście bajecznie umaszczonego, pięknego konia. Był cudny, ciemnokasztanowy, o wspaniałej, długiej, kruczoczarnej grzywie. Chłopak od razu do niego podbiegł, a następnie złapawszy za kantar podprowadził do ogrodzenia i zaczął czyścić. Rosja wszedł jako jeden z ostatnich, toteż zostały mu do wyboru tylko trzy konie. Ze sporą dozą nieufności podszedł do wielkiego ogiera stojącego niedaleko poidła. Popatrzył zwierzęciu w oczy koloru niezapominajek i zaczął go spokojnie, bez pośpiechu czyścić. Koń był brudny jak dzika świnia i momentami Iwanowi ciężko było go okiełznać. Jak się później okazało, rumak miał łaskotki, a na dodatek był dosyć złośliwy, o czym Braginski prędko się przekonał, kiedy zwierz po raz piąty niby to przypadkiem nastąpił kopytem na jego biedny, mały palec. Zaklął cicho.
- O Waniuszka, widzę, że ci się Kurat trafił – zagaiła W. - uważaj na niego, to wyjątkowo wredny ogier. W razie problemów masz całkowite prawo zdzielić go batem, bo tylko to go jako tako przywołuje do porządku. A i jeszcze jedno...
- Da?
- Lepiej, abyś nie siodłał go samemu – poradziła, zabierając stojącą niedaleko olbrzymią, ciemnoszarą kobyłę i niezbyt wysokiego, bułanego wałacha.
Braginski westchnął,. Został mu do wyczyszczenia jedynie brzuch wierzchowca. Kiedy Federacja Rosyjska skończył, prawie nie czuł podeptanych przez diabła stóp. Co jakiś czas klnąc jak szewc ruszył do stajni. Ogłowie karego wisiało na jednym z kołków i na szczęście było podpisane, podobnie zresztą jak siodło. Rosja zabrał rzeczy i poszedł siodłać. Co ciekawe, był jednym z pierwszych, którym się udało doprowadzić swego wierzchowca do stanu względnie czystego. Fioletowooki, spoglądając na krzątającą się wokół własnego rumaka Elizabeth, nie mógł się oprzeć natrętnemu wrażeniu, iż ktoś ich obserwuje. Jego wrażenie było w pełni uzasadnione, gdyż jeden z Gilbertowych ptaszków siedząc na dachu stajni obserwował wszystko i wszystkich, a przede wszystkim nie radzącą sobie z kasztanką Węgry.
- Brauchen Sie Hilfe? - zapytał, zabezpieczając wodze swojej klaczy o strzemiona.
- Wal się Gil, sama dam sobie ra... - nie dokończyła, kobyła mocno zarzuciła łbem unikając ogłowia i przypadkowo uderzając dziewczynę w głowę.
- Może jednak ja się tym zajmę – mruknął szwab, zabierając zdziwionej Elizabeth uzdę z ręki – patrz i ucz się – powiedział bez problemu nakładając kasztance ogłowie.
- Phi, zwyczajnie miałeś szczęście – przewróciła oczami szatynka, zarzucając kobyle na kłąb siodło, a następnie zjeżdżając nim na grzbiet – podasz mi popręg?
- A dostanę w zamian soczystego całuska?
- Prędzej siarczystą pięść.
Prusy westchnął ciężko, ale mimo to podał koleżance pas.
Rosja spojrzał na mocno ubrudzoną wannę, z której jego wierzchowiec spokojnie popijał wodę. Żeby mi tylko nie uciekł – pomyślał, powoli zdejmując kantar. Jak na zawołanie koń przestąpił pół kroku wpychając zdziwionego jeźdźca do stojącego nieopodal poidła. Na szczęście było w nim bardzo niewiele wody. Rosjanin popatrzył na swe wilgotne spodnie i ponownie zakląwszy zbliżył się do Kurata. Koń potrząsnął nieprzyjaźnie głową, po czym wykonał szybki zwrot i pogalopował w głąb zagrody. Braginski odetchnął głęboko kilka razy, a następnie całkowicie spokojnie dogonił czarną mendę i nie wiadomo jakim cudem, ale w końcu udało mu się wsadzić zwierzakowi do pyska wędzidło, a następnie założyć ogłowie oraz pozapinać paski. Prowadząc ogiera ku zawieszonemu na płocie siodłu fioletowookiemu przypomniało się, jak wielki książę Konstanty kazał mu osiodłać konia samego cara Mikołaja I. Boże, tamto też była męczarnią, tyle żę miał wtedy do pomocy Feliksa i to w sumie on się tamtą szkapą zajmował, Iwan jedynie trzymał konia coby się zanadto nie wiercił.
- Piękne czasy – mruknął, nakładając karemu siodło i zapinając popręg.
Kurat zarżał widząc zbliżającą się do nich sukę. Jedno szczeknięcie i czarnuch stanąwszy dęba spróbował kopnąć wilczycę. Gdyby nie to, że Rosja nadal trzymał go za wodzę to był by ją trafił.
- Coś tak czuję, że się raczej nie polubili – ozwał się jakiś lekko prześmiewczy damski głos – Udręka, noga – powiedziała W. biorąc złotooką na smycz – Dobra, osiodłane konie proszę chwilowo do stajni, a was zapraszam po prowiant na główny plac! - zawołała do kręcących się przy swych wierzchowcach personifikacji.
Braginski zaprowadził - czy też może raczej zaciągnął - ogiera do stajni i zamknął w boksie. Wychodząc ujrzał, jak Feliks dumnie wprowadza swojego rumaka.
- Który to twój koń? - zapytał zielonooki doganiając kuzyna.
- Ten czarny z niebieskimi oczami, Kurat czy jakoś tak. A twój?
- Pchełka – uśmiechnął się blondyn.
- To klacz czy ogier? - Iwan zgłupiał.
- Wałach, no co ty, ogiery są strasznie trudne do ujeżdżania. A co, Kurat to nie wałach?
- Niestety nie.
Polska zachichotał cicho, po czym wyprzedziwszy współlokatora momentalnie zanurkował wśród tłumu.
- Baczność! W dwuszeregu zbiórka! - zawołał pan T. niosąc kosze wypełnione butelkami z wodą oraz bananami.
Pani W. szybko pomogła przy rozdawaniu, a następnie poinstruowała jak zapakować otrzymany posiłek do sakw wszytych w poduszki. Po następnych około dziesięciu minutach wszyscy byli gotowi.
- Uwaga! - zawołała W. stając na czele zastępu – teraz kolejno ustawcie się w długi rząd. Najpierw jadę ja, potem Dania, Szwecja, Hiszpania, Turcja... - Polska nasłuchiwał tylko swojego imienia.
W końcu szanownemu RP. nakazano wjechać za pruską klacz i nie marudzić, że kobyła ciągle pierdzi. Feliks wzniósł oczy ku niebu, ale umilkł i grzecznie wykonał rozkaz.
- E, gigant z szaliczkiem – animatorka najwyraźniej zapomniała czyją personifikacją jest Braginski – ty za Pchełkę – zawołała, powoli ruszając stępem ku bramie wyjazdowej.
Przez długi czas jechali wyasfaltowanym poboczem, aż w końcu prowadząca zdecydowała się skręcić w jedną ze żwirowych, leśnych dróg. Jechali teraz przez piękny sosnowo-świerkowy bór tu i ówdzie przetykany niewielką ilością leszczyn i młodziutkich brzózek. Nagła komenda instruktorki spowodowała, iż wierzchowce z leniwego stępa przeszły w spokojny kłus. Z wolna las zaczął się przerzedzać, aż w końcu przeszedł w nieskończony ocean żółtego rzepaku. Po obydwu stronach szutrówki rosły tysiące złotych kwiatów. Zwierzęta co jakiś czas leniwie schylały łby próbując sięgnąć co bardziej wystających roślin.
- Gaaaalop! - wrzasnęła na cały regulator czarnowłosa, widząc jak jej suka znika w leśnym tunelu.
Wszystkie konie, poza Kuratem od razu posłuchały komendy. Natomiast ogier dopiero po trzykrotnym uderzeniu metalowym batem, zrozumiał co miał właściwie zrobić.
- Nie bij konia tylko się nieco łydką i biodrami postaraj! - zawołał w biegu zielonooki.
Rosja energicznie poruszył kilka razy miednicą, jednakowoż kary, nic sobie z tego nie robiąc znacząco zwolnił.
- To nie taki koń! - odkrzyknął, ponownie używając bata.
Czarnuch zarżał złowrogo, lecz mimo to przyspieszył.
- Konar! – ostrzegła Elizabeth jadących za nią niemieckich braci.
Ludwik oczywiście schował głowę, natomiast zagadany z Francisem Gilbert oberwał sękatą gałęzią.
- Wszystko w porządku!? - zapytał odwracając głowę młodszy ze szwabów.
- Głupie drzewo – warknął białowłosy, masując obolały czerep.
Nagle tuż obok jadących zaszeleściły liście i personifikacje dojrzały niewielkie stadko jeleni. Spłoszone zwierzęta prędko zniknęły w gęstwinie. Tymczasem Pani W. z wręcz nieludzkim okrzykiem na ustach skręciła w drogę przy niewielkim strumyczku płynącym wewnątrz głębokiego wąwozu. Kamienne ściany okalające rzeczkę wyglądały niesamowicie, tym bardziej, iż w wielu miejscach porastał je gęsty, zgniłozielony mech.
- Ale tu pięknie – westchnął Hiszpania, rozglądając się dokoła.
- Do stępa! - zawołała prowadząca wjeżdżając na spory, wyłożony w wielu miejscach niewielkimi kamieniami, pagórek.
Wszystkie konie posłusznie podążyły za seledynooką, no, prawie wszystkie. Kurat pragnąc być lepszym od innych próbował mimo usilnych namów swego jeźdźca objechać wzniesienie. Nie znalazłszy jednak innej drogi, zwiesił łeb i grzecznie dał się kierować wyznaczoną przez pozostałych drogą. Szli teraz nadzwyczaj powoli pnąc się ku wyznaczonemu przez czarnowłosą celowi. Nie było łatwo. Co i rusz któryś z koni się potykał lub rżał, ale mimo to dawało się zachować względny szereg. W końcu dotarli na niewielką polankę kończącą się urwiskiem. Z tego miejsca rozciągał się wspaniały widok na całą okolicę, a do tego spod jednego z większych głazów biło niewielkie źródełko leniwie płynące ku rozpadlinie. Animatorka zsiadła z konia, po czym przywiązawszy go do jednego z najbliższych drzew zarządziła dwudziestominutową przerwę, którą zarówno wierzchowce jak i ich jeźdźcy przyjęli z nieukrywanym entuzjazmem. Pierwsze co Braginski zrobił po zejściu z siodła było zabicie stada pełnych krwi much końskich beztrosko gryzących jego rumaka w podbrzusze. Tymczasem trzech największych jajcarzy doszło do wniosku, iż kanion jest wręcz idealnym miejscem do opróżnienia pęcherzy, toteż oddaliwszy się od animatorów zajęli się tworzeniem tęczy z żółtego deszczu. Widząc to Niemcy tylko przysłonił twarz ręką. Ile on by dał aby ten białowłosy przygłup nie był jego starszym bratem. Turcja wyjął karty i zaprosił do gry kilka stojących nieopodal personifikacji, to jest Danię, Szwecję, Norwegię, Amerykę i Anglię. Tymczasem Ukraina oraz Węgry z Kanadą zajęli się rozpoznawaniem gatunków rosnących na polanie chwastów. Nie minęło pięć minut spokoju, a już dało się ponownie słyszeć irytujący głos Gilberta.
- Węgry, masz ochotę na banana? - zapytał, stając przed dziewczyną z owocem między nogami.
Dwa pozostałe kraje z niedotykalskiej paczki wybuchły gromkim śmiechem, widząc jak czerwonooki ponętnie porusza biodrami. Głuchy trzask ręki uderzającej o policzek i banan wylądował na trawie, natomiast jego właściciel złapawszy się za twarz tylko się głupkowato uśmiechnął. Pani W. wzniosła oczy ku niebu, a następnie zapytała szeptem leżącego obok niej mężczyznę:
- Ja się mam nimi zająć, czy ty chcesz?
- Spoko, pójdę – westchnął, podnosząc się na równe nogi i kierując swe niechętne kroki ku pękającym ze śmiechu nacjom.
Feliks tymczasem miast beztrosko bawić się jedzeniem oparł się o dorodny jesion i nie bacząc na zamieszanie spokojnie pałaszował drugie śniadanie, przyglądając się jednocześnie zachlapanym końską krwią rękom kuzyna leżącego zaledwie kilka kroków od jego zacnej osoby.
- Rosjaaa?
- Что? - Iwan leniwie otworzył jedno oko.
- Dlaczego masz czerwone ręce? – Biedny szarowłosy dopiero teraz dostrzegł, iż zabite wcześniej owady tak bardzo go pobrudziły.
- To od much. - Twarz zielonookiego jasno mówiła, iż tym go nie przekonał.
- Mówiłem ci, abyś konia biodrami i łydkami pobudzał, a nie batem – powiedział biorąc sobie do ust kolejny kawałek banana.
Rosja parsknął śmiechem zmywając z rąk w strumieniu ciekłą jeszcze posokę.
- Cóż cię tak bawi!? - zdenerwował się Polanin.
- Twój brak wiary w moje słowa – odparł, podchodząc do swojej szkapy, a następnie wyciągając z jej siodła złocisty półksiężyc.
- Są one równie fałszywe, co twoje zapewnienia dotyczące katastrofy Smoleńskiej – Obruszył się blondyn.
Iwan nie zapanował nad sobą i złapał współlokatora za gardło.
- Żebyś miał jasność, jeżeli zrobił to ktokolwiek z moich ludzi to i tak nie miałem na to wpływu – wycedził z wolna zmniejszając uścisk.
- Jasne – prychnął Łukasiewicz, masując obolałą szyję.
Obaj chłopcy stali teraz naprzeciwko siebie, wbijając przenikliwe i pełne szczerej nienawiści oczy w przepocone ubranie przeciwnika. Dopiero głośny okrzyk pani W. przerwał ich niebezpieczną dla otoczenia wojnę spojrzeń.
- Przerwy kres, pora na dalszy jazdy okres!
Słowianie niechętnie podeszli do swoich sianojadów, odbezpieczyli wodze, po czym wsiadłszy na ich grzbiety ruszyli za animatorami. Teraz jazda była o wiele cięższa, gdyż prowadziła w dół po stromym zboczu. Nagle czarnowłosa skręciła na dosyć wąską półkę, po czym dała komendę do galopu i ruszyła cwałem. Po jednej stronie jeźdźcy mieli wysoką granitową ścianę poprzecinaną licznymi bruzdami, natomiast po drugiej przepaść, na której dnie leniwie toczył swe wody przecudnie czysty potok.
- Uwaga na łby, bo mokro! - wrzasnął T. wjeżdżając pod niewielki strumień, tworzący w tamtym miejscu wodospad dzięki niedużej, kamiennej rampie.
- Jaaachuuuu!!! - zawyła Ukraina, delikatnie muskając palcami wodną zasłonę.
Kiedy wgalopowali na teren stajni okazało się, iż grupa nieumiejących jeździć nie wróciła jeszcze z podchodów, toteż instruktorzy zdecydowali się pozwolić personifikacjom występować konie na padoku. Plac był całkiem spory, o średnicy kilkudziesięciu metrów, wysypany piachem. Przy płocie stały resztki przeszkód, a na samym środku królował jeden jedyny stalowy słup. Bonnefoy chwilowo odłączył się od niemieckiego i hiszpańskiego kompana na rzecz denerwowania jeżdżącego samotnie Arthura.
- Ej, Kirkland, no i co, potok ci zanadto dupy nie zmoczył!?
- Daruj sobie te złośliwości i powiedz, czy ci ptaszek nie zwiał podczas tworzenia tęczy – odgryzł się brew.
Szermierka słowna trwała jeszcze krótką chwilę. Obaj blondyni absolutnie nie zwracali uwagi na to, gdzie ich konie prowadzą. Nagły, głuchy, metaliczny brzdęk poinformował wszystkich, że koń Francuza właśnie wjechał w słup. Oczywiście dostał on później niezłą reprymendę na temat swojego fatalnego prowadzenia, lecz nie wywarło to na nim nazbyt dużego wrażenia. Ale jak to się stało, że puszczony wolno koń, samodzielnie wjechał w słup? No cóż, Miszka, bo tak nazywała się śnieżnobiała kobyła, jakiej Francis dosiadał, była doskonale wytresowana, toteż kiedy ktokolwiek na niej siedział, momentalnie traciła zdrowy rozsądek i jechała dokładnie tam, gdzie jej kazano, a że Bonnefoy nie kazał skręcić, więc jechała prosto przed siebie nie bacząc na wyrastający przed nią metalowy pręt.
W końcu po około dziesięciu minutach stępowania na placu pojawiły się kraje słabo jeżdżące. Animatorzy wymienili się drużynami i rozeszli do swoich zajęć. Po półtorej godzinie latania po lesie wszyscy byli mocno zmęczeni, dlatego też z nieukrywaną radością przyjęli wieść, iż mają około godzinną przerwę, podczas której skośnookie kraje wschodu przygotowywały obiad w stajennej kuchni. Kiedy tylko instruktorzy zniknęli z pola widzenia Polska postanowił pozbyć się wypitej podczas zabawy wody, w tym celu prędko wypatrzył stojącą głęboko w rogu placu sławojkę. Z wielką radością w sercu otworzył drzwi i... i świat zwolnił. Feliks widział teraz lecące wokół niego muchy jak w filmie „Matrix” tak wielka była ściana smrodu, no ale jemu okrutnie chciało się załatwić. Wziął więc jeszcze duży haust ze świeżego powietrza, po czym przystąpił do dzieła. Na bezdechu szybko opróżnił pęcherz i już miał wyjść, kiedy zderzył się z otwierającym drzwi Ameryką.
- Och, Polsko... – usłyszał tylko, kiedy chyłkiem minął okularnika i czym prędzej skierował się do stojących przy szopie klatek z królikami.
Przez chwilę przyglądał się puszystym kulkom sierści, apatycznie kicającym w tę i nazad.
- No wyciągaj go! – usłyszał gdzieś zza kępy krzaków dzikiej róży - tylko delikatnie!
- Czyżby Norwegia? – zastanowił się na głos zielonooki.
- A dał byś radę robić to ciut szybciej? - padło kwaśne pytanie jasnowłosego - Och! Doszedłeś?
Polska wdrapał się na stojący nieopodal śmietnik, aby sprawdzić, co tam się wyprawia.
- Ałuuuu! - zawył ten ze spinką, kiedy Dania wyciągnął mu z pleców kolejną, nie wiadomo gdzie zdobytą drzazgę.
- Gdybyś się tak nie wiercił było by mi o połowę łatwiej.
Feliks zachichotał cicho, po czym zeskoczywszy na ziemię postanowił pobawić się na belach siana gdzie spotkał opalającą się Seszele.

Komentarze
Prześlij komentarz