cz.3 - A miało być tak pięknie.

 Kiedy tylko Polska usłyszał, że może iść, natychmiast opuścił parking i skierował się ku budynkowi ośrodka. Szybko minął recepcję i zaczął mozolną wspinaczkę na górną kondygnację. W połowie drogi do pokoju obudziła się jego poranna pycha oraz chęć zemsty na wschodnim gigancie. Potrzebował tylko odpowiedniej kary. Tylko jakiej? Wyrzucić jego gacie przez okno? Nie, nie chcę mieć przecież problemów z animatorami. Wylać mu wódkę do zlewu, albo ją schować? Hmmm... uznajmy to za plan awaryjny. A może by tak, jak ich zwykła karać mateczka Słowiańszczyzna? Milczenie, otóż to! Tylko nie wolno się do niego ani słowem odezwać, ignorować, tak, tak jakby go w ogóle nie było.

- Już ja ci pokażę – szepnął cicho, po czym przekręcił klucz i wszedł do pokoju.
Na dworze z wolna robiło się coraz cieplej. Felek postanowił więc zabrać swoją książkę, paluszki i poczytać na zewnątrz. Poranne, ciemne chmury dawno już ustąpiły miejsca pierzastym cumulusom, wędrującym teraz po czystym, błękitnym nieboskłonie, niczym stada owiec pasących się u podnóża Ural... tfu! Karpat, pomyślał Felek, siadając na jednej z ławeczek niedaleko boiska. Był w połowie kolejnego rozdziału, gdy nagle, tuż nad jego głową przeleciała najpierw piłka do kosza, a zaraz za nią spory, lekko podrdzewiały kawał metalu, który wbił się w rosnące kilka kroków od ławki drzewo. Czyżby ktoś wkurzył Ruskiego? Zastanowił się zielonooki, zwracając głowę ku płycie boiska. W istocie była to sprawka Iwana, lecz jak można było zaobserwować, pokazywał on jedynie Ameryce, jak celnie potrafi miotać kranem. Alfred stał jak wryty z szeroko otwartymi ustami, i wpatrywał się w powoli wiotczejące resztki gumy, podczas gdy Braginski zainteresował się kołującym nad jego głową małym, bladoniebieskim motylkiem. Zwierzątko jednak nie miało ochoty na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z rękami Słowianina, toteż podleciało do spokojnego czytelnika, a następnie bezczelnie usadowiło mu się na czole i delikatnie rozłożyło skrzydła. Teraz zielonooki wyglądał, jakby założył żywą, niebieską maskę. Łukasiewiczowi nieco przeszkadzała owa „ozdoba”, ale nie miał serca jej z siebie zganiać. W końcu po kilku minutach kręcenia się niczym g***o w przerębli, owad odleciał, pozostawiając chłopców samym sobie.
- No to co Rosja, remis? - zapytał z nadzieją okularnik
- Chyba szalik mi z szyi nie spadnie, jeżeli jak raz się z tobą zgodzę – uśmiechnął się mlecznowłosy, po czym beznamiętnie minął feliksową ławkę i wyrwał kran.
Piłka upadła na ziemię, a on troskliwie pogładziwszy swoje narzędzie mordu powoli zaczął zmierzać w kierunku stojącej nieopodal studni. Najwyraźniej gra z Ameryką wzmogła w nim pragnienie. Alfred nie był spragniony, za to miał okropną ochotę komuś opowiedzieć o swoich heroicznych zmaganiach z byłym ZSRR. Kiedy Iwan już się napił, zapragnął Polskę o coś zapytać. W tym celu podszedł do niego, a następie oparłszy się na kranie zagadnął:
- Польша ?
Cisza.
- Пооольша.
Milczenie.
- Пооольша, Пооольша – Federacja Rosyjska zaczął miauczeć coraz głośniej i głośniej, nie pozwalając zielonookiemu skupić się na czytanym przez niego tomie – Пооольша, Пооольша, Пооольша, Пооольша...
Czytany po raz trzynasty jeden i ten sam wyraz spowodował u Łukasiewicza nagły wybuch agresji:
- Czego do cholery!!! - wydarł się, po czym zatkał sobie usta rękami.
Przecież miał się do niego nie odzywać, no i cały plan wziął w łeb! Teraz był naprawdę zły, głównie na samego siebie, a jego wzburzenie zwiększał jeszcze fakt, iż fioletowooki cały ten czas był absolutnie uśmiechnięty.
- Польша, mam nadzieję że nie jesteś zły za tą całą resuscytację? - zapytał z całkowitą beztroską na twarzy, a wielkim niepokojem w sercu.
- Um... no cóż... - na skórze blondyna nie wiadomo skąd pojawił się lekki rumieniec – chyba nic się nie stało – mruknął w końcu, po czym szybko zasłonił twarz książką.
Przez zapisane drobnym druczkiem kartki nie dostrzegł nagłej zmiany, jaka zaszła na rosyjskim obliczu. Było to zdziwienie połączone ze... smutkiem? Wbrew temu, co sobie pomyślał, rzekł:
- To dobrze, że nie masz mi tego za złe - po czym odszedł.
Kiedy RP ponownie wychylił się zza okładki, aby ewentualnie coś mu na to odburknąć, wielbiciel słoneczników zniknął z pola widzenia.
- No cóż, bywa – chłopak wzruszył ramionami i powrócił do przerwanej lektury.
Trwał tak zawieszony między światem fikcji a rzeczywistością, uparcie śledząc losy głównego bohatera. Uff... przeczytałem, skończyłem, kolejny tom pilipiukowych opowiadań został w myślach przeniesiony do folderu „przeczytane”. Chłopak podniósł się, przeciągnął i spojrzał na wyświetlacz.
- O, to już tak późno! - zawołał łapiąc książkę i gnając w kierunku stołówki.
W padł do zatłoczonej sali. Cholera, brak miejsc, brak miejsc – myślał, rozglądając się w panice. Nagle, jest, jest jedno wolne! Polak natychmiast je zajął. Stół krajów kochających piękno. Siedziały tu takie ewenementy jak: Francis, Antonio, Romano, Viktoria czy Feliciano. Ale się wpakowałem, pomyślał Felek rezygnując z ucieczki.
- Tout va bien? - spytał żabojad podsuwając się bliżej.
- Co? A tak, oczywiście – Łukasiewicz usiłował chociaż udawać, że jest w porządku.
- Naprawdę, bo nie wyglądasz?
- Nie, nie, serio czuję się świetnie. Nie wiesz może, co na obiad? - zapytał, usiłując zmienić temat.
- Podobno ma być gulasz, ale tak naprawdę nic nikt nie wi...
- Romano! Romano, przepraszam to był tylko żart widzisz, ha ha... aaał! - przerwał mu nagle Hiszpania, nie wiadomo z jakiego powodu zaatakowany przez Włochy Południowe.
Coś zaszurało, coś zastukało, ktoś się przesunął i do stojącego nieopodal stolika „Szwabów”, jak Rzeczpospolita zwykł nazywać niemiecką brać, dobiegł jeszcze zdyszany Gilbert.
- Dobra, uciszcie się – poprosił grzecznie pant T.
Głośne rozmowy i ogólny chaos po jego ledwie słyszalnej wypowiedzi wcale nie ustąpiły.
- Cienias – zaśmiała się W. - Mordy w kubeł!!! - dwadzieścia parę par przerażonych oczu wlepiło wzrok w stojącą na blacie animatorkę.
- Na co się tak gapicie!? Dygać do okienek po obiad!
- A gdzie kelnerki? - zapytał ktoś z tłumu.
W. zwęziła oczy w szparki, po czym rzekła:
- Wzięły sobie wolne – wycedziła, usiłując znaleźć bezczelnego pytacza.
Narody podniosły swoje zacne cztery litery i bez słowa podchodziły do okienek, odbierając coś, co przypominało tako z warzywami i mięsną papką, a nosiło szlachetną nazwę placka po węgiersku.
- A tak właściwie W, to gdzie te kelnerki? - zainteresował się K.
- Ślepy i głuchy  - westchnęła brunetka - przecież G. wyraźnie powiedział, że dziewczyny są tylko na praktykach, a później wracają do miasta. Taki jednodniowy wypad. Wiesz, zabrakło im pieniędzy na bilet powrotny, to im się zapłaciło te parę groszy za rozniesienie posiłków i voila, mieliśmy kelnerki – zakończyła, nabijając na widelec kawałek węgierskiego obiadu.
Cały posiłek był na pewno lepszy od śniadania, ale daleko mu było do rangi „niezłego” o „dobrym” nawet nie wspominając . Feliks szybko spałaszował kulinarną próbę pokoju dwadzieścia dwa, po czym poczłapał do pokoju, pragnąc odłożyć książkę, aby mu nie przeszkadzała w wypełnianiu kolejnych zadań. Bezmyślnie minął klnącego na niedogotowaną wołowinę Turcję i wszedł do pokoju. Rzucił tomiszcze na łóżko, które wydało dziwny, nieprzyjemny jęk, po czym wszedł na moment do łazienki aby załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Skończył, umył ręce. Co by tu? A tak ciepło jest. Bluza won do szafy - zakomenderował w myślach, zdejmując z siebie okropny, oliwkowozielony chałat.
- Kajaki, rowery, strzelanie z łuku, ciekawe co nam się trafi? - zastanowił się na głos – no cóż, czego by nam nie przydzielono, mam nadzieję że nie będę musiał tego … (wymyślcie sobie jakieś brzydkie określenie dla naszego wspaniałego Rosji) oglądać - szepnął rozglądając się po pokoju.
Nie miał najmniejszego zamiaru siedzieć samemu, toteż porwawszy z szafki słuchawki natychmiast podłączył je do telefonu, wsadził do uszu i puścił pierwszy lepszy utwór. Zamknął drzwi, sprawdził klamkę i wsłuchał się w dudniący rap „Funky Polak”. Minął recepcję.
- Mam tylko dwadzieścia minut – skrzywił się odczytując informację zamieszczoną na niewielkiej korkowej tablicy – ech... co jeszcze... Francja, Anglia kolacja. Może nie trzeba będzie się na nią fatygować – szepnął, w myślach błagając Pana Boga, Trójcę Świętą oraz całe grono aniołów aby  jedzenie arturowo-francisowej kolacji było mu odpuszczone, w zamian obiecywał pięć Ojcze Nasz i cztery razy po dwa razy cały Różaniec.
Niestety, siły wyższe miały co do niego poważne plany, z których nie zamierzały rezygnować za jakieś marne zdrowaśki.
- Feluś, Felkuś, Felek! - usłyszał czyiś przyjemny głos, czyżby...
- Chciałeś mi zwiać? Powiedz, jak smakował ci obiadek? - zapytała brązowowłosa, nieświadomie podnosząc usmarowaną olejem patelnię ku twarzy.
- No cóż... na pewno lepszy niż śniadanie. Powiedz lepiej jak tam twoja noga?
- Jakoś się trzyma – kąciki ust dziewczyny wygięły się lekko ku górze.
- Dasz radę znowu wziąć byka za rogi?
- Ty się jeszcze pytasz – Węgry popatrzyła na niego tak zawadiacko, że Polska poczuł się, jak by właśnie ktoś rzucił mu wyzwanie.
- Tak też myślałem – odwzajemnił uśmiech – no to do zobaczenia  - chłopak odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku sali z rybami.
- RP poczekaj, dokąd to? - zapytała doganiając go.
- Pomyślałem, żeby uzupełnić swoje zapasy paluszków.
Dziewczyna przewróciła oczami. Polska, on zawsze lubił paluszki, a ona, za Chiny nie wiedziała z jakiego powodu, ale cóż... każdy ma jakieś swoje fanaberie. Elizabeth np. z upodobaniem nosiła patelnię i nikt przecie nie miał jej tego za złe, no może poza Gilbertem, ale temu idiocie się należy.
- Feluś, a zagrał byś ze mną w pingponga?
Zielonooki rozejrzał się po sali. Automat był pusty, mógł więc spokojnie odłożyć kupowanie przysmaków na czas późniejszy.
- No dobra, ale ostrzegam, że nie dam Ci forów.
- Jó, jó Tobie bardziej się przydadzą – zachichotała, odkładając patelnię na parapet i ujmując w swe delikatne, chude rączki paletkę.
Mecz trwał niestety zaledwie parę minut, gdyż idący na apel Austria uświadomiwszy obojgu graczy, która jest godzina, zagnał ich na parking. Zbiórkę rozpoczął pan G.
- Baaaaczność! Kolejno odlicz – zakomenderował.
Trzydzieści głosów, jeden po drugim wymieniły swoje numery, po czym umilkły.
- No dobrze - zaczął prawie uprzejmie – jedynki łuki z panią S.
- Jes! - ucieszył się Gilbert.
- Trójki, piątki rowery państwo T.
- Dwójki i czwórki kajaki ze mną i panią W. a szóstki prace ręczne z K. Wszyscy wszystko wiedzą? No to do dzieła.
Polska lekko się skrzywił na myśl o kolejnych zajęciach prowadzonych przez karlicę, ale to było nic w porównaniu z miną, jaką miał Iwan, kiedy uświadomił sobie, iż będzie w jednej grupie z Białorusią. Obecna na zbiórce pani W. niepewnie spojrzała na bruneta, po czym zajrzała do własnej kieszeni. Przez moment coś w niej sprawdzała, po czym odetchnęła i zabrała swoją grupę nad jezioro.
- No dobra szczeniaki – syknęła do swojej grupy blondyna – w pary i za mną.
Nikomu nie chciało się jej denerwować, toteż cała drużyna grzecznie potuptała za nią na strzelnicę. Spora polana za budynkiem ośrodka wyglądała dosyć profesjonalnie. Dwa łuki, dwanaście strzał oraz słomiana tarcza imitująca wyglądem stracha na wróble.
- Na pewno chcielibyście już zacząć strzelać, prawda?
Personifikacje pokiwały głowami.
- Ale nic z tego. Najpierw musimy omówić, jak to się robi – mówiła, coraz wredniej się do nich uśmiechając.
- Świnia – szepnął cicho Feliks.
- Ja, ja, das Schwein – zgodził się Gilbert.
- Jak mnie nazwałeś!? - karlica nagle znalazła się tuż obok niego.
- Masz przerąbane – zachichotał zielonooki.
- Nein, proszę pani, to nie ja, tylko Feliks – usiłował ratować skórę białowłosy.
- To Polak, Polacy po niemiecku nie mówią, jeżeli nie muszą! - wydarła się, z wolna przyjmując kolor dojrzałego pomidora – w ramach kary za przeszkadzanie oraz obrazę animatora będziesz... – tu się na moment zatrzymała – ganiał dziesięć kółek dookoła ośrodka.
- Ale już?
- Nie zrozumiał!? Dygaj! - czerwonooki zasalutował, po czym skierował się ku ścianie budynku – dobra, to to mamy już załatwione, a teraz zajmiemy się historią łucznictwa, technikami strzelniczymi itp.
Łukasiewicz miał szczerą ochotę dołączyć do Gilberta byle by nie musieć słuchać jej wywodów na temat robienia cięciwy ze zwierzęcych wnętrzności oraz strzał z kostnymi grotami. W końcu po ponad półgodzinnym wykładzie nadszedł czas na wypróbowanie sprzętu. Ciągłe uwagi na temat napinania, trajektorii i całej reszty. Polska myślał, iż dostanie szału, mimo że wcale to nie on strzelał. Kiedy w końcu nadeszła jego kolej był tak wściekły i zdekoncentrowany, że strzelił Łotwie pod nogi, co spowodowało u niego utratę przytomności. Na całe szczęście właśnie wtedy przyszedł pan T. i zabrał ich jej sprzed oczu, pozostawiając swoją grupę.
- Miałeś więcej szczęścia niż rozumu - skwitował Finlandia.
- Dla mnie to normalka – wzruszył ramionami RP – Raivis wszystko w porządku?
- Ttak już mi lepiej, ale nnastępnym razem celuj dokładniej – poprosił trzęsąc się jak galareta.
- Dobra, dobra, nie martw się na zapas, bo ci się wrzody zalęgną – powiedział, klepiąc go po ramieniu.
Szli dosyć krótko i niebawem znaleźli się przed bramą wyjazdową, przy której czekały już na nich rowery oraz zniecierpliwiona pani T. wraz z grupą szóstą. Polskę wielce ucieszył fakt, iż będzie mógł podczas jazdy spokojnie pogadać z Węgrami. Szybkie omówienie zasad bezpieczeństwa oraz trasy i można było ruszać. Na początku jazda za instruktorem była fraszką, dopiero kiedy wjechali na jedną z wąskich, piaskowych ścieżek prowadzących na spory nasyp, zaczęło być ciężko. Teoretycznie dało się jechać, ale w praktyce połowa grupy musiała rowery na górę po prostu wepchnąć. Kiedy wreszcie wszyscy maruderzy, z Romano na czele, dotarli na szczyt, ukazał im się cudowny widok na jezioro oraz pływające po nim kajaki. Feliks przymrużył oczy i wpatrzył w ciemnogranatową toń, po czym powoli je policzył: Japonia – Belgia jeden , Francja – Kanada dwa, Ameryka – Turcja trzy, Anglia – Chiny cztery i... zaraz, zaraz momencik, a gdzie piąty kajak? Czyżby się utopił? Nie, tak dobrze to nie ma. Biedny Rosja przez cały czas znajdował się w wodzie usiłując trzymać się jak najdalej od wiosłującej za nim z zawrotną prędkością Białorusi. Feliks wybuchnął śmiechem.
- Co cię tak rozbawiło? - zaciekawił się Gilbert.
- Spójrz tam – powiedział, pokazując jakiś punkcik na jeziorze.
Chwilę później do wspólnego brechtania dołączyła również i Węgry.
- Dobra dzieciaki, koniec wycieczki krajoznawczej, wracamy – oznajmiła rudowłosa po piętnastu minutach wypoczynku.
- Mech, a tak chciałem jeszcze się z niego ponabijać – mruknął blondyn wsiadając na swój rower i zapinając kask.
Powrót był jeszcze trudniejszy niż dojazd, gdyż suchy piasek nie pozwalał na porządne hamowanie, a droga w dół była dosyć stroma i wyboista. Jednak wbrew oczekiwaniom animatorów, żadna personifikacja się nie wywróciła, co było dużym sukcesem.
Po przyjeździe natknęli się na ciekawą scenkę rodzajową. Otóż Natasza, w geście rozpaczy, wzięła za zakładnika Bogu ducha winnego Anglię i zagroziła, że poderżnie mu gardło, jeżeli Braginski się z nią nie ożeni.
- Jeden krok i go zabiję! - zawołała, kiedy niebieskooki animator spróbował się do niej zbliżyć.
Nagle za plecami dziewczyny pojawiła się pani W. z dużą dawką leków uspokajających. Blondwłosa nie miała nawet czasu, aby zakwilić. Straciła przytomność. Instruktorka nie tracąc czasu założyła jej kaftan bezpieczeństwa i zabrała na prace ręczne. Reszta zaszokowanej grupy stała jak wryta, dopóty, dopóki drugi animator ich nie pogonił. Drużyna piąta niepewnie ruszyła w ślad za seledynooką.
- Oook - mruknął niepewnie G.
- Co się stało? - zapytał wychodzący z ośrodka K.
- Pamiętasz tą dziewczynę, od której ambasadora dostaliśmy listę leków uspokajających?
- Mhm, ona była Sasza...nie, nie, momencik, Natasza. Kojarzę, co z nią nie tak?
- Miała atak wścieklicy, prawie zamordowała jednego z moich angoli.
- Nie żartuj, aż tak z nią źle. O co poszło?
- Zakochała się w tym dziwaku z szaliczkiem.
- W jej bracie, ale jaja. W. to ma jednak pecha.
- Gdzie tam, na pewno lepiej ich rozumie niż my. W końcu nas szkolono w zupełnie innych kierunkach.
- Ta... to co, moi na rowery? - zaczął blondyn.
- A Ty mi pomożesz przy kajakach – przerwał mu G.
- Czemu?
- Bo W. będzie teraz nadzorowała tą małą przy pracach ręcznych! – podniósł głos brunet.
- Dobra, dobra, nie musisz się od razu irytować.
- Ja się nie irytuję! - wrzasnął wściekły G.
- Przepraszam – przerwał im kłótnię jakiś delikatny damski głos – ale czy możemy już zacząć? - spytała młodsza „siostra” Szwajcarii.
- Co? A tak, jasne, oczywiście – zreflektował się czarnowłosy, podczas gdy jego brat odetchnął z ulgą.
Podczas ich rozmowy pan T. zdołał dać Rosji ręcznik i zabrać drużynę trzecią na rowery.
- Uwaga moje grupy, po pierwsze podobieramy was w pary. Po drugie każdy bierze po jednym wiośle i ustawia się w dwuszeregu. Nauczymy was porządnie wiosłować i dopiero wtedy będziecie mogli wsiąść do kajaków. Kapiszi?
- Ta jest panie G!
- Super. Liechtenstein-Szwajcaria, Łotwa-Hiszpania, Francja-Włochy, Prusy-Węgry no i Polska eee... no ten, drugie włochy.
- Romano, buraku, Romano – burknął starszy Włoch, zabierając jedno z wioseł i ustawiając się niedaleko zielonookiego.
Szybki kurs, czego nie należy robić, jak sterować, żeby się w trzciny nie wpakować i jak w razie czego wypłynąć.
- Do kajaków! – zawołał K.
Vargas wskoczył na przód i nie miał najmniejszego zamiaru pomóc. RP skrzywił się, ale mimo to spokojnie zepchnął go do jeziora, po czym usadowiwszy się na tyle zaczął równomiernie wiosłować razem z brązowookim. W sumie byli jednym z pierwszych kajaków, jakie zmąciły delikatną falą płaskie lustro jeziora. Chłopcy powoli wypłynęli na środek, mijając przy tym Elizabethę tłukącą  Gilberta wiosłem. Przestali wiosłować i pozwolili sobie oglądać tętniące życiem brzegi. Piękne, chowające się w krzakach trzcin kaczki oraz wyniosłe łabędzie wydawały się być całkiem przyjazne. Co jakiś czas wynurzające się niedaleko nich perkozy były miłym towarzystwem. Przelatująca z jednego końca jeziora na drugi czapla rzuciła na wodę cudowny, ale i nieco przerażający cień.
- Pięknie, co nie? - spytał blondyn.
- Possono essere.
- Czego ci brakuje?
Chłopak z kędziorkiem zarumienił się i spuścił wzrok. Nie miał zamiaru powiedzieć Polakowi o co chodzi, toteż zmienił temat:
- Czy mi się wydaje, czy tam siedzi zając? - zapytał, pokazując gdzieś na jedną z nadbrzeżnych plaż.
- Gdzie? A, widzę! Faktycznie zając, młody szarak. Och, jakbym miał teraz wiatrówkę. Ustrzelił bym go i zrobił bigos, albo lepiej, potrawkę – rozmarzył się zielonooki.
- Może to i lepiej, że nie masz wiatrówki – mruknął Romano, z politowaniem w oczach.
Nagle tuż obok nich pojawił się kajak Hiszpanii.
- Hej, Lovino! Jak tam ci się płynie!? - zawołał Fernandez.
- Khm – chłopak teatralnie odwrócił głowę w geście zwyczajnego focha.
- Ech, Romano – Hiszpan nieco posmutniał.
- Ej, Carriedo, ścigamy się!? - zaproponował Polska.
- Dobra, dokąd? - zaciekawił się ciemnowłosy.
- Do tamtych żółtych bojek. Gotowi, na miejsca, start! - zawołała była korona.
Mimo, iż Vargas był absolutnie obrażony, prędko zaczął wiosłować, zadziwiając swoim poświęceniem wątpiącego w jego umiejętności blondyna.
- Tut tu tu tu, a zwycięzcami są: Polska i Romano! - zawołał ucieszony Łukasiewicz.
W tym momencie do kołyszących się na wodzie personifikacji podpłynął kajak animatorów.
- Dobra dzieciaki, fajnie było, ale pora wracać – zakomenderował G.
- Ooooo - wspólne westchnienie czterech krajów wywarło na panu K. spore wrażenie.
- Nie marudzić mi tu – skarcił ich G. - wiosłować do brzegu i to migiem.
Żadnemu z krajów nie uśmiechało się dalej denerwować pana G., dlatego też grzecznie skierowały się w kierunku plaży ośrodka, gdzie czekała już na nich zniecierpliwiona W.
- Co z tą małą? - zapytał K., kiedy pomógł już bratu z wyciągnięciem kajaka na trawę.
- Oprócz tego, że rozerwała kaftan na strzępy, poturbowała Kanadę i zniszczyła drzwi od damskiej łazienki, to ma się całkiem nieźle.
- Ałć...
- Spokojnie, druga dawka leku oraz propozycja, aby coś bratu uszyła i puff... znowu jest na tyle normalna, na ile potrzeba.
- Ale co z tym całym Kanadą?
- Bez nerwów, od ciosu między nogi jeszcze nikt nie umarł – powiedziała beztrosko seledynooka.
Blondyn głośno przełknął ślinę.
- Halo! Grupa pierwsza do mnie!
- A szósteczki tutaj! - zawołała, uśmiechając się jak głupi do sera, pani S.
Drużyny posłusznie rozeszły się do swoich instruktorów. Czarnowłosa szybko zaprowadziła swoją grupę do ośrodka. Okazało się, że za salą rekreacyjną znajduje się jeszcze jedna mniejsza. Znajdowały się tam dwie maszyny do szycia, wrzeciono i olbrzymie krosna, zajmujące mniej więcej jedną trzecią całego pomieszczenia.
- Uwaga moja grupa! Nie mam najmniejszego zamiaru tłumaczyć zasad bezpieczeństwa, bo znając was z pewnością je zignorujecie.
Święta prawda - pomyślał Feliks - przecież i tak wszyscy potrafią szyć. A jak nie potrafią, to albo się nauczą, albo poproszą kogoś o pomoc.
- Macie do dyspozycji cały warsztat. Czyli maszyny, materiały, czego dusza zapragnie. Jedyne czego wam zakazuję, to bawienia się wrzecionami i wykręcania śrubek z krosna. To tyle z mojej strony, a teraz życzę Wam miłej zabawy – zakończyła, siadając na jednym z blatów i wyjmując jakąś dziwną wyszywankę.
Narody rozeszły się po sali. Wyciągnęły spod ławek nożyczki, nici, szpulki oraz zwinięte w rulony różnego rodzaju materiały. Polska postanowił uszyć sobie ładną portmonetkę. W tym celu znalazł spory kawał cienkiej brązowej skóry. Prędko wyciął z filcu dwa paski, jeden biały, a drugi czerwony, po czym przyszył je do wynalezionego wcześniej materiału. Przyciął go pod odpowiedni wymiar, a następnie zszył krawędzie i wywinął na lewą stronę. Wyszło naprawdę niczego sobie, ale czegoś brakowało. No jasne, suwaka! Chłopak znalazł jeden przy krosnach, a potem wstępnie przyszył.
- No i gotowe – mruknął szczęśliwy.
Niestety, nie zauważył kiedy Prusy zaczął zszywać swoje dzieło, przypadkiem wkręcając w maszynę swoją i polską podkoszulkę.
- Co Ty do cholery!? - zawołał Łukasiewicz, nie mogąc spokojnie podejść do jednego z wrzecion – kurna, zszyłeś nas idioto! - wrzasnął na nieco zdziwionego czerwnookiego.
- Ja nas zszyłem? A kto stał tak blisko maszyny do szycia, mimo, że jej nie używał!? - wydarł się albinos.
- Nie zrzucaj na mnie winy! To Ty powinieneś uważać!
- Co się stało? - zaciekawiła się pani W., podnosząc swoje cztery litery ze stołu.
- Bo on... bo my... - chłopcy zaczęli tłumaczyć jeden przez drugiego
- Eeee... zszyliście się – przerwała im animatorka.
- Mhm – wielkie jak spodki zielone i czerwone tęczówki wbiły się w jej czarną kurtkę.
- Spokojnie – karowłosa wyjęła rozcinacz, po czym kazała im się nie ruszać.
Rozdzielanie zakonu krzyżackiego z rzeczpospolitą trochę trwało, ale się udało i już po chwili obaj byli wolni.
- Przepraszam, mogę was prosić o uwagę!
Kraje zwróciły głowy w stronę mówiącej.
- Weźcie teraz po centymetrze krawieckim, kartce i ołówku. Zmierzcie się w szyi, biodrach, talii, klatce piersiowej i ramionach. Na kartkach zapiszcie wymiary oraz imię i pokój – poprosiła.
Personifikacje bez słowa wykonały polecenie i oddały karteczki zaledwie kilka sekund przed  nadejściem pana G. Po zbiórce krajom pozwolono łaskawie na około czterdzieści pięć minut przerwy.
Pozwolicie, że ominę opis kolacji, którą mimo wielu starań Francji nie udało się ocalić, przed kulinarnymi zakusami Anglii.
~Boże, to była najgorsza kolacja jaką jadłem. Jak można spalić pastę jajeczną? Przecież to niemożliwe! - pomyślał Feliks.
~Jak widać można, podobnie jak jeść ślimaki i smażyć żaby – uśmiał się Felkowy umysł.
Łukasiewicz miał tę dziwną manierę, że potrafił gadać ze swoim sumieniem w myślach, przez co często wyglądał, jakby stroił miny do jakiegoś niewidzialnego przeciwnika. Co notabene było w pewnym sensie prawdą.
RP wszedł na górną kondygnację, minął drącego się na cały regulator Włochy. Wyjął klucze i przekręcił. Pchnął drzwi i znowu znalazł się w swoim pokoju. Nawet nie zauważył, kiedy za nim do pokoju wkroczył fioletowooki. Obaj padli na łóżka, które wydawszy dziwny, przeciągły skrzyp rozleciały się w drobny mak.
- что do... - Rosja nie dokończył, lądując na twardych deskach podłogi.
- Ktoś nam rozpiżdżył łóżka – powiedział Polak, otrzepując się z drzewnego pyłu.
- Zakatrupię gada – powiedział mocno poirytowany  Braginski.
- Jestem za – powiedział z sadystycznym uśmiechem Łukasiewicz – ale teraz trza będzie se skołować jakieś inne wyrka. Bo nie uśmiecha mi się spanie na tej brudnej i zimnej podłodze.
- Co racja to racja, chodźmy do animatorów, może oni coś na to poradzą – zastanowił się na głos Iwan.
Chłopcy wyszli z pokoju i skierowali się w stronę recepcji, gdzie instruktorzy omawiali właśnie szczegóły dnia następnego.
- Przepraszam – rzekł Rzeczpospolita, szarpiąc za ubranie stojącą najbliżej nich osobę.
- Czego, nie widać, że mamy zebranie?
- Widać, ale ktoś nam zepsuł łóżka i nie mamy gdzie spać – odparł z całkowitym spokojem blondyn.
- W., idź się nimi zajmij – poprosił G.
- Zawsze to ja mam najgorsze przypadki – mruknęła pod nosem seledynooka – chodźcie, pokażecie mi, co się stało – powiedziała w miarę uprzejmie.
Kilka sekund później opiekunka stanęła w drzwiach pokoju nr. trzydzieści trzy.
- O karwia – zaklęła i aż zasłoniła usta dłonią – takiej jazdy to jeszcze nie mieliśmy. Dobra, na szczęście w składziku mamy jeszcze jedno zapasowe dwuosobowe łóżko.
- A nie ma dwóch jednoosobowych? – cicho zakwilił Feliks
- Niestety, albo tak, albo gleba.
- Damy radę, Польша – spróbował go pocieszyć współlokator.
- Ech... i po kiego grzyba dałem się na ten cały wyjazd namówić – westchnął zielonooki – trudno, niech będzie.
Wciągnięcie ogromnego małżeńskiego łoża z parteru na górę było ciężkie, ale nie tak ciężkie jak wcześniejsze sprzątanie i odkurzanie całego pokoju. Pierwszy do łazienki poszedł Iwan.  Prędko się umył i wyszedł. Feliks poszedł się umyć. Federacja Rosyjska szybko pozbył się brudnych rzeczy upychając je w szafie, po czym usiadł na łóżku i przez moment deliberował nad kolorem kołdry. Granatowa w gwiazdki, czy beżowa w muszelki? Zresztą kogo to obchodzi. Wania złapał za tą bliżej siebie, legł na boku i momentalnie usnął. Chwilę później do pokoju powrócił zielonooki. Cisnął ciuchy gdzie bądź i również padł na miękką, nieco śmierdzącą molami pościel. Wtulił się w poduszę, zerknął jeszcze raz nienawistnym wzrokiem w kierunku byłego zaborcy, po czym delikatnie przejechał palcem po nieco pożółkłym prześcieradle, pozostawiając na nim coś w rodzaju linii. Granica panowania pana Braginskiego znajdowała się w tym właśnie miejscu. Ciężkie od zmęczenia oczy Polaka z wolna się zamknęły, kończąc drugi z siedmiu dni, jakie miał do przeżycia w tym okropnym, pełnym niedopatrzeń i pomyłek miejscu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

cz.12 - Pożegnanie.

cz.10 - Co się stało to się nie odstanie.

cz.8 - Nie staraj się wygrać, tylko nie przegrać.